Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
Kategorie: Wszystkie | album lokalne i podróżne | haiku | jest co czytać | notes | od-głosy
RSS
wtorek, 25 stycznia 2011
Dariusz Bugalski: przecieki. wiersze wybrane, Oficyna Auriga, Tarnów-Warszawa 2010.

Z wieloma pomieszczonymi tutaj wierszami witałem się jak ze starymi znajomymi sprzed lat, powiedzmy,  piętnastu. A  te całkiem świeże wyglądają po prostu jak młodsi bracia tekstów pomieszczonych np. w zbiorach „Wyliczanka” (1993)  czy „Przekłady (1995). Owo liczne rodzeństwo  łączy wspólna ambicja: uwidocznić, sprawić, abyśmy poprzez frazę i metaforę zobaczyli kształt naszego istnienia – naszego tu-bycia i przyszłej nieobecności. Wiersze Dariusza Bugalskiego często snują swoje monologi w tempie zwolnionym. Chciałoby się rzec: poklatkowym (por. „Opowieść zimowa”). Z wielkim trudem godzą się na zniknięcia, odejścia („Byli, zostało”).  Chcąc słuchać ich opowieści, musimy zarezerwować sobie sporo czasu. Nie spędzimy go jednak na biernej kontemplacji, ale na współ-myśleniu z nimi, na współ-dociekaniu, na przykład, początków bytu, głębszych niźli najgłębsze podpiwniczenia („Piwnica”). Albo ukrytych, ujawniających się nagle, tajników tożsamości (***, zamiast ciebie…”). Pomimo zmieniającej się poetyki, całość tomu łączy wiedza o granicy oddzielającej żywych od umarłych, a ci drudzy spoglądają spoza niej niczym ze zdjęć („Turkuć”).
Autorzy dojrzalsi zwykli, dla powagi, stabilizować tok swego mówienia. Tymczasem Bugalski poczuł się w wypracowanym przez siebie języku tak pewnie, że postanowił go nieco poluźnić lingwistycznymi konceptami – z naprawdę wdzięcznym skutkiem (zob. „Pierwszy kwietnia”). Sposób ich budowania wskazywałby tutaj na powinowactwa z twórczością  lingwisty nieco już zapoznanego, a przecież wybornego, jakim jawi się Jerzy Ficowski (vide:”Nieme kino”).
Kto po ten wybór się sięgnie – rad mu będzie od pierwszej do ostatniej stronicy

wtorek, 23 listopada 2010
Sławomir Płatek: Bez imienia, Salon Literacki, Warszawa 2010.

Sentyment do łemkowskiego Beskidu, opiewanego w tylu wierszach i gawędach ze szlaku bywa pierwszym orędownikiem debiutu Sławomira Płatka. Lecz nie tylko na nasze sentymenty wiersze te liczą. Prędzej – na siłę świadectwa, dziecięcego, później młodzieńczego. Zmysłowo, zgrabnie liryczne, alter ego poety opowiada o swoich inicjacjach, wpierw w sekrety drzew, potoków i pstrągów („magia wierzbowa”) ; potem – w delikatność erotyki („birds and bees”). A wszystko umieszczone w szerokim kontekście zapamiętanych postaci i obrazów, życia ustronnego („gęś”), malowanego barwą rozmaitą, nie zawsze idylliczną, wszakże wciąż kochanego miłością, która zgodzić się nie chce, aby to, co tak miłe, ważne, zeszło między  wyblakłe widma. Zapewne dlatego przywiązanie do substancjalności owego świata kazało poecie nasycać tok wiersza mnóstwem rzeczowników, ba, w wielu przypadkach oddawać rzeczownikom pierwszeństwo, co skutek czyni zaskakującym i brawurowym – jak „W okruchach z weselnego stołu”. Ta spontaniczna jak się wydaje decyzja, w kolejnych tekstach przybrała już chyba kształt konsekwentnie obranej strategii polegającej na tłumaczeniu języka sytuacji, mowy wrażeń,  na indywidualne struktury znaczeń, na idiomy metafor. Świeżych jak „mięta i dziurawiec”. Przez chwilę poeta pozwoli nam się nimi niewinnie zachwycić, aby odkryć przed nami ich nowe możliwości. Bo nie tylko przyjemności mają służyć – a radzeniu sobie z okrucieństwami losów – z anonimową wojenną śmiercią („czereśnie stoją. wykarczowali fundamenty”), a przede wszystkim – z utratą krainy dzieciństwa i samego  dzieciństwa, które skończyło się gwałtownie wówczas, gdy protagonista tych wierszy trafił do miejsca, które nazywa się ostateczne rozwiązanie kwestii łemkowskiej („bez imienia”). W przestrzeń osierocenia, gdzie dom po niemcach, grunty po reformie. blizny/po ludziach. zwapniałe szramy fundamentów. gnijące/ jabłka rozczapierzonych sadów. różne kształty i nazwy/ krzyży (tamże). Po części pozwala  zamieszkać swej wyobraźni w pociągach pomiędzy dalekimi górami a nad-morzem. Zapisy widoków z kolejowego wagonu pomieszczone w drugiej części pozwalają się czytać jak etiudy na temat postrzeganych obrazów i podróżnych asocjacji. Jedank granice ponownego zadomowienia zdaje się poeta przechodzić w chwili, gdy wkracza w obszar kultury, choćby tej popularnej  jak trabant mortadela bolek i Lolek („piosenka spóźnionych bohaterów”). Nawet zakwaterowany się w mało reprezentacyjnym  przedpokoju ducha, ustawicznie zachowuje ochotę na zajmujące rozważania o teologii („zdrowa tkanka”) i sztuce („piekło po latach”, „rubato”). Chwali mu się ten upór!
Tomik może bez imienia. Za to z charakterem.

piątek, 12 listopada 2010
Izabela Kawczyńska: Galeria Literacka przy MBWA/Biblioteka "Frazy", Olkusz 2009.

Aby te wiersze czytać, trzeba się w nie w-kołysać, śnić jeden z nimi sen.  Jak to ze snami bywa – wszystko jest tutaj płynne,  wszystko okazuje się instynktowną kreacją. Znać po niej kalejdoskopową logikę przypadku zyskującą rangę arbitralnego zrządzenia. Płynność cechuje tutaj przede wszystko konstrukcję podmiotu. Ten,  choć na ogół używa żeńskiej końcówki czasownika, w kilku szczególnych momentach, wypowie się z męskiej perspektywy języka („Sfery intymne”, „LA”). Mam wrażenie, że anima, dla zrównoważenia archetypów musi niekiedy oddać głos animusowi. Korci, aby od razu otworzyć „Largo” Kawczyńskiej kluczem jungowskim, użyć instrumentarium, jakie daje do ręki psychologia analityczna. Co więcej – erudycyjne instrumentarium zapewne trafnie a bez  trudu objaśni sens, znaczenie nawracających motywów (jeszcze poświęcimy im trochę uwagi), gramatykę afektów, składnię przepływających obrazów. Racjonalnie, psychologicznie, opisze wszystko - oprócz samej poezji, nierozkładalnej na czynniki pierwsze. A to właśnie jej mocy poetka ufa, powierza jej zadanie scalenia wewnętrznego świata, poskromienia pozostałości ewolucyjnego rozwoju,  przekroczenia przyrodzonych sprzeczności.
  Poezja Kawczyńskiej daje czytelnikom odczuć całą ambiwalencję natury, jej siłę pulsującą w ciszy, w martwej kości, w zwierzęcych futrach, w brzęku owadów. Drugą siłą przyrody, powszechną jak grawitacja, pozostaje tutaj choroba, umieranie, rozkład zwiastowany brudem (por. „Kolej transsyberyjska”),  raną,   upustem krwi.  Organiczność poezjowania Kawczyńskiej stanowi nie lada wyzwanie dla czytelnika przywykłego do ogładzonych, spokojnych estetyk. Wstrząsa, elektryzuje, porusza wyobraźnią. Nie zna nudy, żaden obraz nie zdąży się opatrzyć. W chwili, gdy go rozpoznajemy, gdy liryczny monolog przyda mu kilku nowych szczegółów, natychmiast dojrzewa i wygasa („Żniwa”).  Nasycić się nim – niepodobna. Wszystko wskazywałoby na to, że ową znikliwość  powinniśmy uważać za element starannie dobranej strategii, a może nawet – artystycznego światopoglądu poetki przedkładającej dynamikę ponad trwanie.

Fragment recenzji przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego „Pogranicza”

 

wtorek, 12 października 2010
Grzegorz Strumyk: Re_Le Rutki, Wydawnictwo Forma, Stowarzyszenie OFFicyna, Szczecin, Bezrzecze 2010.

Ele-mele Rutki, Strumyk –  poeta zgoła niemalutki. Rzekłbym, że całkiem spory, bo wie kiedy słowu wypada mówić, kiedy zaś – pokornie słuchać. Sztuka to niemała. Zwłaszcza, że trafność jego monologów natychmiast sprawdza jednoosobowa publiczność, prawdomówny odbiorca – córeczka, człowiek wpierw niemowlęcy, potem dwuletni, trzyletni. Nie będzie chyba przesadą twierdzić, że w tych, zwięzłych, całkowicie wolnych od infantylizmu, jak rzadko przyjaznych czytelnikowi, wierszach, dziecko tworzy dorosłego. Tworzy dorosłego na nowo, prawie od początku. Odnawia sposoby pojmowania świata, uczy patrzenia  młodszym o pokolenie okiem. Tak sposób oglądu budzi nadzieję na oczyszczenie mówiącego „ja”, daje szansę powrotu do pierwszych, najważniejszych prawd o sobie samym. Pisze poeta: Widzę siebie/Jak kiedyś jeszcze//Zobaczę po raz pierwszy/ co już widziałem („Kiedyś jeszcze”). Z takich widzeń wysnuwa się język: ekonomiczny, prosty, czuły. Przy tym zaskakująco uniwersalny. Służy komunikowaniu wspólnych zdziwień, sprawdzaniu możliwości mowy oraz wyobraźni swobodnie poruszającej się w rejonach pogranicznych jawy i baśni. Umówmy się na słowo – proponuje autor – To co się powie/ będzie najważniejsze//Zbudujemy niewidzialne/Pokoje („Pokoje”).  Sprawnie jednak wypowiada również rozpoznania dotyczące natury czasu (por. przesmutny wiersz „Kiedy ty to odczytasz?”),  objaśni nawet istotę duchowości: wszystko zagra/co ma duszę//drobną prostą/trochę skrytą//W  skrzypcach/To taki słupek//A w tobie/Słupków tysiąc („Gra na tysiącu słupków”). Przypomina również, że dorosłość jest przede wszystkim procesem dorastania do wyznaczonych zadań, celów („Dziecko drzew”, „Rośniemy”), chociaż powinna być czasem także małych radości („Moja droga sznurówka”).
Czytam ten zbiór jako wzruszającą obronę rodziny, gdzie ciepło uczuć wprowadza międzyosobowy ład („Przechodząc przez pokój”). Jako pochwałę domu, gotowego  pod swój dach przyjąć wszystko, co żyje („Leczenie słoni”, Rodzinny świat”). Warto zauważyć, że ojcowski podmiot „Rutek” pełen wyobraźni i cnotliwy niebanalnym humorem („Żart”), mocno się trzyma tradycyjnej roli tego, kto musi dać potomstwu instrukcję obsługi – coraz bardziej samodzielnego – życia. Zabierając na przechadzki, wyprowadza je w dotykalną, a zarazem nieprzewidywalną rzeczywistość.
Wiersze mądre. Dobre wiersze. Zwyczajnie.

wtorek, 08 czerwca 2010
Patryk Zimny: Uchoko, MaMiKo, Nowa Ruda 2010.
Ukrywał się. W wierszu i wierszem. Wreszcie postanowił się ujawnić debiutanckim tomikiem. Nie ukrywam, że miejscami naprawdę poruszającym. Od razu wiemy, dlaczego to zrobił – aby się nie pogubić w rzeczywistości, której rozmiar, a przede wszystkim ciężar, stanowiłby poważne wyzwanie dla osoby znacznie dojrzalszej (por."zastępstwo") . Nie idzie tu tylko o gorzkawo-spleśniały smak codziennych, mało pocieszających prowincjonalnych spostrzeżeń, którym Patryk Zimny wytrwale nadaje poetycki kształt i charakterystyczny szlif (zob. "chleb powszedni.ballada"). Przede wszystkim – chodzi tu o ogarnięcie wyostrzonymi zmysłami tak powszedniej biedy jak duchowej trwogi. O próby obrony przed nią przy użyciu środków, które przystoją poecie: zapadającej w pamięć metafory i stylistyki – zwięzłej, poszukującej sedna przestawianej sytuacji ("paragony"). O ocalenie dobra. Wreszcie o odwagę, bardzo, ale to bardzo odpowiedzialną za innych, przeto odsuwającą na bok jałowe użalania się nad sobą. Wiersze po twardej szkole. Porządnie przygotowane do czytelniczego egzaminu. Oto trzy teksty w autorskiej interpretacji, nagrane specjalne dla "charakteru pisma":



Kontakt z autorem: lysaak@wp.pl
piątek, 28 maja 2010
Kamila Janiak: kto zabił bambi?, Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2009.

Kto oczekuje, że autorka wskaże nam sprawcę śmierci sympatycznego zwierzaczka z disneyowskiej kreskówki,  może się poczuć zrobiony, by tak rzec, w jelonka. Przez poezję szorstką, pyskatą, o niewyparzonym języku. Lecz jednocześnie dziwnie wrażliwą, czułą na pory podmiejskiego tudzież śródmiejskiego  smutku (por.: ***, ogniu krocz za mną…), próbującą unieść ciężar zakrzepłego wrażenia („i squashed the blossom and blossom’s dead”), oddaną chwili, wpatrzoną w inność przygodnie napotykanych mieszkańców stołecznej kniei (***, banderola na dywanie…)
  Podmiot tego tomu przyjmuje postawę flâneura, miejskiego łazika. Zadaniem jego, a zarazem zabawą, stało się chwytanie rzeczywistości na gorącym uczynku. Po to, by przechytrzyć jej monotonię i dokuczliwy banał przepływu zdarzeń oraz starzenia się świadomości („2064”). Od czasu do czasu dla pobudzenia znużonych zmysłów uliczny wędrowiec funduje sobie dawkę mocniejszych emocji, które, przykładowo,  wzbudza wynik  testu na wstydliwą chorobę („Stokłosy”).
   Zmysły lirycznego „ja” mają  pełne prawo się zmęczyć. Zwłaszcza węch, wciąż przywoływany na  świadka przypadkowych spotkań, spacerów, rozrywek („kino raz”). Zapach lub jego brak rozstrzyga często o faktyczności odnotowywanych wypadków. Powonienie utrzymuje tekst blisko pierwotnych wrażeń, początkowych inspiracji. Pozwala zachować związek z rodzajowością, którą jako poetycką strategię Kamila Janiak nadzwyczaj sobie upodobała. Co więcej, w nowym tomiku rodzajowość wzięła górę nad wizyjną kreacją, nadającą rys swoisty książce poprzedniej („Frajerom śmierć i inne historie”, 2007).
  Brzydoty poezja ta się nie ulęknie, traktując ją jako przyrodzoną cechę biotopu, środowiska, gdzie funkcjonuje (ponieważ było tak brzydko/ brzydko wyglądaliśmy razem – wyjaśnia wiersz „Ach,”). Gdzie stara się przetrwać. Opancerzona skandalizującym image’m, najeżona wulgarnością leksyki. Jednak w eksponowaniu gwałtownych odruchów obronnych poszła poetka zbyt daleko. Ze szkodą nie tyle dla odczuć czytelnika, ile dla własnych możliwości ekspresywnych. Zdecydowanie wolałbym ją zapamiętać z kilku naprawdę celnych konceptów lingwistycznych, z zabawnych metafor lub ostro ciętych point (tych przecież zalet zakwestionować niepodobna!) niźli z powtarzających się natrętnie kilku wyrazów, które ongiś nie dostępowały zaszczytu bycia wydrukowanymi.

wtorek, 27 kwietnia 2010
Hubert Czarnocki: Wołania, 3J Studio Grafiki i Ilustracji, Radzyń Podlaski 2009.

Podmiot tego zbiorku staje przed nami w wielu wcieleniach: tropiciela, kochanka, bezdomnego wędrowca, podróżnika, kontemplatyka. Ale cel ma jeden: dotrzeć do transcendencji, danej mu w jego nigdy nie usypiających tęsknotach. Pisze poeta: Kopię w ziemi w poszukiwaniu Boga, zerkam przez szparę od klucz, przeglądam zapiski. Rozchylam trawy, rozgarniam gałęzie. Rozszarpuje mnie samotność/ mój cień zanosi się płaczem („Wyślij w niebo tysiące posłańców”). Przez tę poezję mówi  pragnienie niewiarygodne, namiętne, gwałtowne. Nieomal mistyczne, prowadzące do zatracenia, dezintegracji podmiotu, do samo-zapomnienia („Odjazd”). Ale tylko tak – sugeruje  Czarnocki – można istnieć świadomie, w sposób zorientowany, dobrze ukierunkowany. Nawet wtedy, gdy Bóg, wypełniający sobą świat,  ukrywa się  lub przejawia się jedynie w aktach dyskretnych epifanii (por. wiersz „Nie wszystko”). Z wołania jest ta poezja, z dopominania się o więcej Boga. Bo bez Niego wszystko pozostaje jedynie przepływem gasnących  obrazów, któremu można wprawdzie nadać kształt wierszowanej impresji, lecz wiecznego sensu nadać mu nie sposób.
Prócz tekstów realizujących model liryki religijnej, warto docenić wiersze miłosne oddające intymność  przeżycia (***, Rozemgliły się dawne dziewczyny…). Przy całej lekkości, fragmentaryczności wierszy.  Czarnocki wydaje się dobrze panować nad strukturą tekstu, co owocuje plastycznym obrazowaniem (przykład: biała malwa wyrosła/ na środku pokoju//i można było ją potrącać jak strunę – z wiersza „Pomiędzy”).  Ciekawy początek!

(Fragment pierwszego odcinka rubryki recenzenckiej "Ogród debiutów" przygotowywanej cyklicznie dla  Dwumiesięcznika Literackiego "Topos").

wtorek, 20 kwietnia 2010
Grzegorz Kwiatkowski: Eine Kleine Todesmusik, Mamiko, Nowa Ruda 2009.

Liryczny podmiot poezji Kwiatkowskiego już w tomie debiutanckim („Przeprawa”, 2008)  szedł na udry z połową świata. Teraz zhardział,  scyniczniał jeszcze bardziej. Nic dlań świętego! Żadna tam poprawność („homofobiczna pocztówka z Genewy”), ani romantyczne poruszenia wrażliwości („opór”), ani etyka postawy wyprostowanej („pan Cogito i litera pisma”). Nic bardziej mu obcego niż pochylanie się z troską nad lokatorami ludzkich rupieciarni: hospicjum („morze”) czy domu starców („kryjesz ty”). Alergią reaguje na wszystko, co akurat wypada.  Jakby na kilometr węszył ckliwe zakłamanie wszelakich konwencji.  Zamierza być nieprzyjemny. Z pełnym powodzeniem.
Gasi światło zastępcze, którym świecą utarte schematy percepcji i osądów. Trzeba mu rozbłysku wizji o sile trzech słońc, rzucającej blask w zakamarki wstydliwych kompleksów,  podejrzanych  pragnień, od których tzw.  porządny człowiek winien trzymać się z daleka („rytuały”). W jego jaskrawej łunie poeta stawia bohaterów swoich mikronarracji: porzuconych („Justice”), upokarzanych („Tako rzecze”), odmieńców („Diter Litwann, ur. 1964, zm. 2003”), uwięzionych w społecznej roli („duchowny”). Względnie ofiary ślepego trafu, pechowców jak Marcel i Bruno. Splot fabuł układa się w rozległą baśń, podszytą miejscami czarną groteską, rzadziej – Pięknem Absolutnego Zdziwienia  („przebudzenie”). Poetyka zaprezentowanych tu wierszy odziedziczyła po debiucie wszystko co najlepsze. Rozwinęła liryczny monolog ku precyzji. Pozwoliła się usamodzielnić pojedynczemu obrazowi („lekcja estetyki w dziecięcym pokoju”; „syn cesarza na uchodźstwie”). Kompozycję wzbogacono o refreny, repryzy, pasaże godzące ze sobą akord śmiertelnej serenady i tonacje bluesów („Lui”), osobliwych spirituals.
Autor nie tracił czasu. Czytelnik też go nie straci. Jeśli tylko zdzierży skrajnie asocjalne prowokacje tego pierwszego.

Skrócona wersja tekstu napisanego na zamówienie redakcji pisma literackiego RED-

Sieciowa wesja zbiorku kliknij

P.S. W piątek pisałem, że Polska to bliźni za ścianą. Polska to także ci, którzy czekają na naszą pomoc, na 1% naszego podatku. Proszę Was: wesprzyjcie swoim podatkiem rehabilitację Zosi Łukomskiej. Jej strona znajduje się pod tym adresem.

piątek, 19 marca 2010
Krok w stronę monografii

Günter Grass. Literatura. Sztuka. Polityka.Materiały z międzynarodowej sesji naukowej. Fundacja rozwoju UG, Gdańsk 2009.                                        

Książka, którą czytałem z prawdziwym zaciekawieniem, a i trochę z żalem – o podtytuł. To publikacja znacznie ważniejsza niż druki, których nas przyzwyczaili organizatorzy setek konferencji, którzy czuli się w obowiązku cośkolwiek po nich ogłosić drukiem. Tym razem uczyniono już krok w stronę solidnego kompendium, a może, kto wie, gruntownej monografii.   
     Sesja zorganizowana w Gdańsku jesienią 2007 dla uhonorowania jubileuszu osiemdziesiątych urodzin twórcy „Turbota” okazała się dla wydarzeniem dla humanistyki ważnym i koniecznym. Zwłaszcza po przyznaniu się noblisty do ochotniczej służby w SS-Waffen, po dyskusjach,  jakie fakt ten wywołał latem roku poprzedniego. Teraz trzeba było nie tyle od nowa zbudować model odczytywania jego twórczości, ile opisać ją w sposób aktualizujący i jak najbardziej szczegółowy, zważywszy że fenomen Grassa przekroczył granice literatury i sztuki, a nawet polityki; że zawłaszczył go zdążający do homogenizacji przekazu, posługujący się uproszczeniem, stabloidyzowany dyskurs masmediów. Należało więc oddzielając autobiografię od „czystej” fikcji, zajrzeć w głąb pisarskiej psyche, obrać cebulę pamięci, zbiorowo wsłuchać się w echa odgłosów blaszanego bębenka, spotykając w akademickim Telgte reprezentantów  literaturoznawstwa oraz kulturoznawstwa germańskiego z ośrodków często tak od siebie odległych jak Kalkuta od Stanta Monica.
   Nikt z badaczy publikujących w omawianym zbiorze szkiców oraz rozpraw nie podjął się uzasadnienia czy tym bardziej obrony młodzieńczych ani dojrzałych – lewicowych – wyborów politycznych gdańskiego noblisty. Wspominano o nich sine ira et studio, traktując je jako część artystycznego światopoglądu Grassa, ogromnie złożonego, sceptycznego wobec tradycyjnej religijności, a przecież wiernie (o czym pisano analizując np. prozę „Z dziennika ślimaka”) zaangażowanego po stronie humanizmu, egzystencjalizmu i socjaldemokracji. Znakomita większość prezentowych w książce rozpraw proponuje traktować dzieło Grassa jako wytwór pewnej kultury, a właściwie trzeba by powiedzieć o dwóch następujących po sobie kulturach. O nieźle opisanej kulturze Wolnego Miasta Gdańska, raczej drobnomieszczańskiej niż patrycjuszowskiej, osadzonej również w kontekstach kaszubsko-polskiego pogranicza. Ale także, o słabo w gruncie rzeczy znanej polskiemu czytelnikowi, cywilizacji Niemiec drugiej epoki grynderskiej, powojennego cudu gospodarczego. A przecież ze zderzenia systemów wartości obu epok, rozdzielonych otchłanią niemieckiej winy oraz, nieodłącznej od niej, niemieckiej katastrofy bierze się także gwałtowność grassowskiego krytycyzmu. Widać to również w interpretacjach traktujących o kontrastach znaczeniowych systemów symboli oraz toposów; zwłaszcza w prozie powieściowej, bo właśnie ona stała w centrum zainteresowania znacznej części publikujących w tym tomie badaczy. Wszakże znakomicie mi się czytało szkice poświęcone zagadnieniom intertekstualności, czy korespondencji, a właściwie wielorakim związkom sztuk spotykających się u Grassa w sposób unikalny.
Dzieła pisarza z Wrzeszcza rodem mogą wywoływać osądy rozmaite. Ale zbiór poświęconych mu rozpraw, którego wydaniem kierowali Marion Brandt, Marek Jaroszewski i Mirosław Ossowski, trzeba ocenić jednoznacznie – stanowi wzór edytorstwa  naukowego. Bogactwo informacji, rozbudowany aparat naukowy idą tutaj w parze ze starannością językową tłumaczonych z niemieckiego tekstów. Może więc warto, kontynuując te prace, stworzyć teraz grassowską encyklopedię? Germaniści gdańscy i polscy, wsparci przez grono zagranicznych uczestników rocznicowej sesji na pewno sprostają takiemu przedsięwzięciu.  
                                              

Filmy z akcji "Czytanie Grassa" link

piątek, 12 marca 2010
Radosław Wiśniewski: Neo Noe, Fundacja Pogranicze, Sejny 2009.

Najistotniejszym problemem, którego dotyka nowy tom Wiśniewskiego,  jest koncepcja osoby, w myśl niektórych teorii kulturowo-psychologicznych, tracącej swoją integralność,  rozpadającej się na zespoły doznań, na wiązki odbieranych subiektywnie komunikatów.  Podążając tropem tego rozpoznania,  można rzec, że jej świadomość redukuje się do wewnętrznej, wirtualnej przestrzeni, nastawionej na percepcję i syntezę swobodnych postrzeżeń. Otwarta na oścież, jednocześnie więzi. Żyje życiem nieprzewidywalnym, skłonnym do pączkowania w najbardziej monstrualnych kierunkach (zob. tekst tytułowy);  skazuje na osobność według  całkowicie autystycznych reguł. I na życie w osobnym matrixie, niby na odległej planecie. Żali się wiersz: jaka szkoda, że nie ma próbnika// który można by wystrzelić w kierunku nieznanego/ człowieka w celu pobrania próbek gruntu i zbadania składu/ duszki głupiej wydmuszki, której wydaje się,/ że trzepocze skrzydłami jak ćma o klosz ze skóry// i już ją parzy mięso, żyły, nerwy, już wyrywa się z klatki/ chociaż nie wie, że poza klatką  tylko kolumny, gwiazdy, / planety, meteory; że nie wolno łamać żeber, gdy jest się// tą klatką („Neo-Aenima”). Niebezpieczna to konstatacja: ociera się o ontologiczny skandal, wywołuje metafizyczne zgorszenie zagorzałych realistów. Ale zalew fenomenów okazuje się daleko gorszy niż cokolwiek problematyczne funkcjonowanie animuli  śniącej cudze i własne sny.  Potop  oczekuje Noego oraz właściwych decyzji.
   Jeżeli nie w ontologii ocalenie,  to gdzie? W aksjologii. Ona, wskazuje poeta, nie podlega prawom przepływającego, falującego świata (wrażenie to pogłębia obfitość obrazów akwatycznych),  nie ma prawa się zrelatywizować. Odpowiedzialność, wartość od której wszystko się zaczyna, wyprowadza mówiące „ja” z  izolacji. Zwraca je w stronę określonego „Ty”, uwrażliwia na jego obecność. Uzdolnia do podejmowania decyzji wbrew przeczuwanym  zagrożeniom. Do postanowień trudnych („Westerplatte”), ale czasem owocnych nieziemskim zachwytem („Westerplatte. Repryza”).
   W nowej poezji Radosław Wiśniewski to już Ktoś. Bez przydomków.
  
 

Fragmenty recenzji przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego „Topos 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7