Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
wtorek, 06 marca 2012
Notacje. Luty 2012

Za kierownicą. Do N. przez białą magię mrozu, która prądotwórcze wiatraki zamienia w wyniosłe, nieco sztywne kwiaty, a fabrykę budowlanego kruszywa przebrała za fantastyczne zamczysko z epoki, co dopiero nadejdzie.

 Kto żyje jak pijany, ten ma szansę wytrzeźwieć, gdy pisze. Jakoś się ogarnąć, pozbierać przy piórze.

 Nie szukać łatwych przejść. Przeciwnie - szukać oporu, który po przełamaniu może się stać oparciem. Ćwiczyć się na najbardziej trudnych ścieżkach. Na stromiznach siebie samego. Może dzięki temu częściej się uda uniknąć wewnętrznych pułapek.

 W B. Po długim śnie poranne uczucie rozproszenia. Nie umysłowego  bynajmniej, ale fizycznego. Jak gdyby zmęczenie skorodowało połączenia pomiędzy komórkami ciała, które po przebudzeniu z wysiłkiem wracają na swoje miejsce, opieszale wiążą się na powrót w jakąś całość. Kto mi jednak zagwarantuje, że wszystkie trafiły tam, gdzie tkwiły poprzedniego wieczora? Żadna nauka i żaden zabobon nie mogą za to ręczyć.

Skąd we współczesnej, młodej zwłaszcza, literaturze, tyle powrotów do zdradzonego niegdyś  dzieciństwa? Przecież poeci, poeci zwłaszcza opuszczali je z taką dumą, jak syn marnotrawny zostawiał dom ojca, gdzie wszystko zdawało mu się zbyt opatrzone, nazbyt znane – i chciał więcej świata.

 Muzyka się w tobie budzi. Muzyka do słuchania nocą.

 Jak dawniej, gdy chodziłem z chlebakiem na ramieniu.

Sobotni ranek. Świat się ocknął i jak opętany wysyła e-maile masowego rażenia.

 Ka się martwi o frekwencję na spotkaniach poetyckich, stara się informować wszystkich dokoła, a tak mało słuchaczy przychodzi na organizowane przez niego imprezy. Być może jednak poezja odsunęła się już tak daleko od doświadczeń jej potencjalnych czytelników, że przestali ją widzieć na swoim horyzoncie. Tylko co teraz na nim widzą?

Dzienniki Sławomira Mrożka. Uwagi boleśnie trafiające w nerw inteligenckich oraz narodowych kompleksów, obolałości, poglądy mącące w zastoinach przyzwyczajeń. Odbija się w nich lustrzanie jego wiek męski, wiek klęski. I jak wielu z nas nie wie, którędy uciec z duszą na listek.

Na Kaszubach, prawie bezśnieżnych. Ale jeziora i „błotka”, czyli naturalne oczka wodne,  przykryte chropawymi, jak gdyby starczymi powiekami lodu.

Jeden z bardzo znanych biskupów pisze o antykościelnych działaniach masonerii. Nie rozstrzygam, czy w tym ma rację. Lecz zawsze w takich momentach zaczynam zastanawiać,czy wchodząc w gwałtowne spory światopoglądowe, wypracowaliśmy sobie język, którym będziemy je toczyć. W każdym razie, winien być to język, który obu stronom nie odbierze jasności myślenia, klarowności argumentowania. Innymi słowy – nie zmąci nam rozumów. Nie zatrzyma nas w okopach, na zmusi do prowadzenia światopoglądowej wojny pozycyjnej, z linią frontu przebiegającą w poprzek społeczeństwa.
Zresztą tak się już teraz porobiło,  że najmniej skłonni do dialogu są  propagatorzy tolerancji tudzież rzecznicy różnorodności. Sekundujący im fanatycy lewicowego liberalizmu prześcignęli już w doktrynerskiej zajadłości najgorliwszych zelotów i sekciarzy.

 

Tagi: luty 2012
08:08, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2012
Notacje. Styczeń 2012

Noworoczny poranek: słońce wychodzące spoza wiślanego wału ubielonego szronem. Ale popołudniowa droga powrotna –  już w deszczu i brudnej wilgoci zapowiadającej powrót do tzw. prawdziwego życia.

 Co robić w czasach, gdy wszystko dokoła zapowiada  spektakularny upadek? Gdy stosunki międzyludzkie trawi erozja? Czasem myślę, że trzeba  zanurzyć się w sztukę po to, aby w jej gorzkich prawdach zmyć z siebie ostatnie złudzenia.

Na wernisażu rzeźby Adama Myjaka spotykam dawno nie widzianych Anię i Jacka. M.  Wyborni partnerzy ważnych rozmów. Przy kieliszku białego wina mówię Jackowi, że w porównań z życiem sztuka wydaje mi się czymś przejrzystym i prostym. Na to Jacek, malarz, nie stropiony bynajmniej, odrzekł, że to normalnie i pogląd taki można wywieść z ontologii: sztuka, powiedział, przedstawia esencję tego, co w życiu rozproszone, ukryte. Podczas gdy w życiu pracują mechanizmy, którym nie umiemy, a nawet nie chcemy, poświęcać uwagi.

 Trzech Króli świętujemy przy choince, z którą nie chcemy się rozstawać. Na wieczornej mszy w kościele - jasełka, gdzie T.  odgrywał rolę grał pastuszka. Z głową spowitą w palestyńską chustę przypominał raczej muzułmańskiego szahida niż betlejemskiego prostaczka.

 Nagłe  wspomnienie: gwiazda betlejemska z bibuły i kartonu. Zrobił mi ją Ojciec, gdy miałem pięć lat. Podświetlało się ją kieszonkową latarką. Świeciła tak samo jak tamta, biblijna. Nagle (jakim cudem?) znowu zapaliła się na moim niebie.

 Justyna Krawiec, poetka-debiutantka, której tomik  („chłód” ) mam  na recenzenckim warsztacie: jestem rysą, przez którą nie możesz się wydostać.

 Poradzisz sobie z nim? –  pytam. On patrzy na mnie, jak gdybym miał na myśli jakieś dzikie zwierzę.

 Egzystencjalna bezradność  niektórych duchownych. Jak gdyby i oni czuli, że nie mogą dalej unieść tego, co nas otoczyło i oblega.

 Do niedawna  wydawało mi się, że przez dwadzieścia lat dokonał się w Polsce jakiś postęp. Teraz widzę, ile wysiłku włożony w tworzenie pozorów nowoczesności, zhumanizowania i demokracji. Gdybyśmy zdecydowali się szczerze urzeczywistniać te wzniosłe idee, bylibyśmy dziś mniej zmęczeni,  a ucywilizowani bez kompleksów i poczucia winy, wmówionego nam przez reprezentantów kulturowej lewicy, pouczających że podstawowy obowiązkiem nowoczesnego Polaka jest wstydzić się za Polskę przed „oświeconą” częścią Europy.

  Od rana zima.  Zupełnie nie brałem pod uwagę, że przyjdzie. A przecież powinienem. Całkiem prosto wynika to z kalendarza. Podobnie może być ze śmiercią. Albo i z końcem świata.

 Poezja jako remedium na rozpełzanie się ledwie co zapamiętanych faktów. Jako szansa na ich trwałe, znaczące poukładanie. Mniejsza, że trochę odbiega ono  od ich pierwotnego porządku, graniczącego często  ze spontanicznym bezładem. Ważniejsze, że ich ponowne zebranie (re-collectio), można jakoś przechować w sobie, a przy odrobinie biegłości – zakomunikować innym.

 Po czterdziestce ciało zaczyna umierać dyskretnie i bez afektowanej elegancji. W ogóle bez jakiejkolwiek elegancji.  Choćbyśmy wydawali majątek na jego zakonserwowanie, niewiele wskóramy. Jest na to, jak się zdaje, jeden tylko  sposób – dojrzeć do tego faktu. Może wtedy uda się jeszcze cokolwiek ocalić,  zintegrować. 

 W środku nocy jak w kopalni lub w lochu. Śnieg za oknem pada ciszej i coraz bardziej ciężko. 

 Mroźne niedzielne południe w N.. Przecinające się smugi po odrzutowcach tworzą nad miasteczkiem trójkąt, przez  który mogłoby spoglądać oko Opatrzności. 

 

Tagi: notacje
08:04, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 stycznia 2012
Poezya, czyli co ty wiesz o asfodelach?

 

 

Krytycy pospołu z teoretykami literatury  wciąż się spierają,  co to takiego poezja. Malarze wiedzieli już dawno. Na przykład taki Piotr Stachiewicz (1858-1938), ilustrator młodopolskiej egzaltacji. To jedna z moich ulubionych alegorii jego pomysłu tudzież pędzla. Mniejsza że pocztówkowa, poplamiona nieco, wytarta na brzegach. Naiwniuteńka, ale jakże wzruszająco prezentuje przekonanie, iż sam Amor podszeptuje zbrojnej w pióro, spowitej w pelerynę personie najbłyskotliwsze strofy zdobne kwieciem elizejskich asfodeli.
Z związku z tym ostatnim zapytuję: co Ty, młody poeto, wiesz o asfodelach?
Musiała o nich coś wiedzieć panna Martyna Strzyżowska, która na odwrocie, fioletowym atramentem, zgrabnie wykaligrafowała: W dniu imienin koleżanki składam serdeczne życzenia i dopisała z boku datę - 15/XI 1918 r.

wtorek, 22 listopada 2011
Notatki kieszonkowe (9)

Niedzielny poranek. Mnóstwo ludzi na facebooku, jakby wszyscy padli ofiarą samotności albo znudzenia kochankami, żonami, dziećmi, słońcem jesieni, śniadaniowym jajeczkiem na miękko, kawą wypijaną na przebudzenie, leczeniem kaca, wspominaniem wczorajszej imprezy. I wciąż chcą być gdzieś indziej.

Ci, którzy mają szczęście zawodowo tworzyć literaturę lub profesjonalnie ją badać, zawsze będą o dwa kroki przede mną. Wyprzedzają mnie o wiele moich trosk, często wynikłych ze złośliwych okoliczności losu albo uporczywego braku szczęścia.  Tak. O wiele bardziej niż z braku talentu oraz innych cnót przydatnych każdemu, kto aspiruje do miana twórcy.

Osmalone głownie w wygasłym ognisku przypominają sczerniałe kości  na wpół ogryzione przez płomień.

Przychodzi diabeł do egzorcysty i skarży się: "Nergal mnie opętał". 

Naród i elektorat. Naród niekiedy wybacza, bo chce. Elektorat — bo nie ma innego wyjścia. Zwłaszcza wtedy, gdy mu się sugeruje, aby wybrał "mniejsze zło". Ale w powyborczy poniedziałek, słuchając głosu co niektórych komentatorów, miałem poczucie, że oto naprawdę żyjemy już w innym szczęśliwszym kraju, gdzie rzesze obywateli głowią się jak ulżyć ciężkiej  doli gejów i ograniczyć wpływ Kościoła na życie społeczne. Bo z tak nieistotnymi detalami jak bezpieczeństwo zatrudnienia czy kryzys finansów dawno się uporano.     

Hochsztaplera u władzy najłatwiej poznać po tym, że nie naprawiwszy tego, co cesarskie, zabiera się od razu  za poprawianie tego, co boskie. Kogo jednak  nie stać na załatanie dziury w asfalcie, w żaden sposób nie powinien się zabierać za obcesowe  przemeblowywanie cudzego światopoglądu.

Mało kto już pamięta, że prawdziwe wytchnienie jest stanem przede wszystkim duchowym. Zatem nikt, kto nie osiągnął tego stanu objawiającego się akceptacją miejsca, w którym się znalazł, oraz brakiem ochoty na nerwowe konsumowanie uciech, nie może powiedzieć, że wypoczął. 

18:16, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 lutego 2011
Wczoraj przed snem...

..zakończyłem lekturę "Samuela Zborowskiego" pióra Jarosława Marka Rymkiewicza. Z tych gniewnie-ironicznych esejów smutna dla nas płynie nauka, że żaden obcy najeźdźca tak nie pogardzi Polakiem, jak drugi Polak, skoro tylko dojdzie do znaczenia i pieniądza.  Ta pogarda staje się najtrwalszą częścią naszej zbiorowej spuścizny. 
Ta pogarda powinna się stać naszym społecznym problemem, kłopotem, wyrzutem sumienia.
A ten wyrzut powinien nas budzić w środku nocy. Jako problem daleko ważniejszy niż beatyfikacja papieża, albo krzyż w tym, czy innym miejscu. Albo katastrofa tego czy innego samolotu. Nawet od tego, komu elektorat pozwoli się pobawić władzą.

piątek, 31 grudnia 2010
Dosyć ma rok swojej biedy!

Przed wielu, naprawdę wielu, laty, w sylwestrową noc z bliską mi wówczas osobą stałem na balkonie falowca, patrząc, jak wysoko nad nam, niby ogromne bukiety otwierają się z hukiem race fajerwerków. Mogliśmy na nie tylko popatrzeć. Budżet młodego, studenckiego małżeństwa przewidywał tylko wydatek na butelkę  mołdawskiego wina. Poza tym było ubogo, prawie głodno. Nowy rok witaliśmy, smażąc frytki na resztce oleju, nieświadomi, że to wstęp do większej jeszcze biedy, rujnującej ostatecznie nasz dom, tworzony długo pracą ponad siły. Żadna bieda nie uszlachetnia. Zatem na czas najbliższy i po wszystkie czasy życzę Wam, byście nigdy nie byli poddawani podobnym, jak my wtedy, próbom.

19:05, peter1968 , notes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 grudnia 2010
Krótkie kazanie na christmas party

Raz do roku zarządy firm rozmaitych urządzają dla swoich poddanych, dla niepoznaki nazywanych w odpowiednim kodeksie pracownikami, spotkania "opłatkowe". Scenariusz tychże z opłatkiem zwykle mało ma wspólnego. Owszem, opłatek tam bywa. Lecz jakby także dla niepoznaki. Obok wyszukanych poczęstunków, jadła, napitków, bezpiecznych rozmów o niczym i  kolęd odtwarzanych z płyty. Lecz nawet odsunięcie go na margines takiego spotkania ma swoje teologiczne znaczenie. Ten gest mimo woli zdradza, że po raz kolejny świat usiłuje pokazać Bogu, gdzie jego miejsce -  w dziecinnych rojeniach, w kompensacyjnych fantazjach, w sentymentalnych wspomnieniach, które nie przystoją ludziom interesu. Rasowym, władczym übermenschom współczesności. Bóstwom, które  zstępują pomiędzy tych, których zwykle czynią nawozem swego sukcesu. Siebie czczą. Siebie, własną hojność celebrują! Zapytajmy więc - czy aby nie jesteśmy świadkami  bałwochwalstwa? Albo pychy zgubnej, szatańskiej? Tak na co dzień jak od święta. Wiem, mocne słowa. Lecz czy nie warto stawiać sobie, własnemu sumieniu i takich pytań? Całkiem serio, wprost, bez ogródek. Tylko wtedy możemy znaleźć jakiś punkt oparcia w rzeczywistosci zrelatywizowanej, stopniowo wypłukiwanej ze stałych znaczeń, do których repertuaru należy również istota świętowania. Naszego spotykania się wokoło Boga, co dla nas się uniżył i wciąż się uniża w znaku opłatka na szarym końcu suto zastawionego stołu w sali konferencyjnej.

wtorek, 30 listopada 2010
Dag Hammarskjöld, zapomniany

"Drogowskazy" Daga Hammarskjolda, jedna z książek, do których musiałem dojrzeć. Odstawiona na półkę latem 2001, czekała na mnie aż dotąd, ciepliwie, aby wrócić do moich rąk u progu Adwentu. Zmarły tragiczną śmiercią przed blisko półwieczem sekretarz generalny ONZ, pozostawił po sobie zbiór zapisków tworzących jedyny w swoim rodzaju notatnik duchowy. Duszę pojmował zresztą bardzo serio.
Co mnie pociąga w jego
pisaniu? Przede wszystkim trzeźwa sumienność, trzymająca na dystans narcyzm i samoułudę. Pokora, która wiele wymaga od siebie, a tak bardzo akceptuje piękno świata, że gotowa na jego cześć pisać haiku. Wpatrzenie w wieczność, które docenia wagę chwili. Erudycja oddająca szczery hołd prostocie. Protestancka biblijność, co rusz wzbogacana paradoksami wziętymi z Mistrza Eckharta lub stabilnoscią sądów Akwinaty. I całe mnóstwo nawiązań literackich, bo czytelnikiem był Hammarskjöld gorliwym, nieustępliwym. 
Format. Szlachetność. Dlaczego o nim zapomnieliśmy?

18:46, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 października 2010
Notatki kieszonkowe (8). Letnie, cz. II.

W naszej kaszubskiej checzy. Taki dom, dom w ogóle, zaczynamy lubić dopiero wtedy, gdy dobrze się w nim czujemy także podczas nocnych godzin spędzonych np. na czytaniu, rozmyślaniu, studiowaniu. Wtedy można się przekonać, czy bezpiecznie chroni nasze zabrane snom godziny, czy traktuje je obojętnie, czy zgoła niechętnie.

Prowadzenie kolejnego koncertu w Pelplinie. W piszczałkach organów śpiewa włoska muzyka sakralna. Bellini z Morandim na chwałę Pańską popisują się italskim belcanto. Chwila oddechu od protestanckiej solenności Buxtehudego i Bacha.    

Nieprzyjemne uczucie, że ciągle coś doganiam; że to, co najistotniejsze wciąż się oddala, pomimo wysiłków i starań, hazardu i ryzyka.
W czasach, gdy się jeszcze nie spieszyłem. Bo spieszyć się jeszcze nie musiałem. Miałem przed sobą całe życie. Szczęśliwe lub nieszczęśliwie. Ale całe.

Siedzę w szaro tynkowanym, wysokim przyziemiu kamienicy. W wąskim kartoniku swojego pokoju. I w sobie. Zawinięty w siebie z duszą, co nie zdążyła uciec nawet na listek jaworu za oknem. Zawinięty w siebie jak w zblakły sfatygowany gałganek.

Rozmowa z MK na temat tego, w co właściwie wierzą Polacy. Może się bowiem okazać, że wierzą w krzyż. Nie zawsze w krzyż Chrystusa. Ale w konkretny krzyż na konkretnym placu, przed konkretnym budynkiem. Tylko – czy jest to jeszcze krzyż Chrystusowy, z którego chlubić się pozwolił Apostoł Paweł w „Liście do Galatów” (6,14.), czy znak wiary obrócony w polityczny idol? Użyty jak obiekt bałwochwalstwa przybierającego chrześcijańskie formy? Straszne pytanie. Jedno wydaje się pewnie: Krzyż tkwiący na Golgocie nikogo nie zbawi/ jeśli kto w swoim sercu krzyża nie postawi (jak za Aniołem Ślązakiem powiada  Mickiewicz).
Ci z drugiej strony – przeciwnicy krzyża. Kim są? Jeśli ateistami, wówczas w ogóle nie powinni się nim interesować, pozostawić jego obrońców swojemu losowi. Kim zatem są? Paru pewnie snuje jeszcze marzenia o antykatolickim talibanie opakowanym w idee zapateryzmu. Ale większość na podpałacowym krzyżu wyżywa irracjonalne frustracje, w jakie wpędzał ich szkolny katecheta (zgoda,  nie zawsze rozgarnięty). Teraz – symbolicznie – biorą za to odwet.  Bo wolno. Niech spróbują publicznie spalić Koran w Arabii Saudyjskiej. Brak odważnych? A jeszcze przed chwilą tańcowali z ukrzyżowanym pluszakiem.

Niemal-oczywistość: o książce pisze się dobrze wtedy, gdy jej treść lub chociażby forma, w nas pracuje. Pisane „z zewnątrz”, recenzje, nawet błyskotliwe, pełne bonmotów, cechuje często mimowolna obojętność. Trudna do ukrycia.

Miesiące wydeptywania ścieżek za nową posadą. Spotkań i ciągłych odmów. Albo milczenia z miejsc, gdzie składałem aplikacje. Podrasowywane w kierunku ukrywania co niektórych umiejętności. W Polsce doświadczenie i wykształcenie zaczęło świadczyć przeciwko kandydatowi do pracy. Jak gdyby w myśl zasady: „nieważne, co umiesz, ważne – kto akurat ma ochotę przyznać się do znajomości z tobą”. Właściwie już przestały mnie dziwić np. uniwersyteckich konkursów na adiunkta. Rozstrzyganych już w cuglach. Pewniaka, czyli najczęściej pupila profesora-promotora, zasiadającego obowiązkowo w komisji,  rozpoznaje się  od razu. Pewniak niezależnie od płci, wystrojony z nieco sztywnawą elegancją, często  trzyma się na uboczu, z dala od gromadki innych kandydatów, konwersujących często, aby opędzić się od stresu. On już wie. Inni mogą tylko liczyć. Kalkulować. Najwyżej pomarzyć. Pół biedy jeśli stoją za nim choćby zalążkowe kompetencje, umiejętności, zdolności. (Belferskiego otrzaskania nie ma prawie nigdy. Po co mu? Ma znajomości.) Zachodzi wówczas pewne prawdopodobieństwo, że raczej nie skrzywdzi studenta. Chociaż zajmowanie się tymże będzie zwykle traktował jak frycowe, myto płacone na wyboistej drodze do kariery. Jeżeli ją zrobi – za lat dwadzieścia zasiądzie w gremium, które dziś namaściło go na przyszłą chwałę stanu akademickiego. Chyba, że zdarzy się cud: kolejna reforma zabroni świeżo upieczonym doktorom pracy na promującej ich uczelni.  Bywa tak – na przykład w Niemczech. Jakoś nie słyszałem, aby takie rozwiązanie uważał ktoś za zamach na akademickie swobody. W Polsce natomiast – od lat praktykuje się wsobny chów naukowców, ryzykując wszystkie przynależne takiej formie chowu patologie. Bo jeśli coś się może zdegenerować, na pewno się zdegeneruje. W takiej sytuacji wszelakie ministerialne korekty i poprawki pomagają mniej więcej tyle co nieboszczykowi markowa szminka.

 

lipiec-sierpień 2010

  P.S.: Jak się kończy historia minionego  lata? Zaskakująco.  Łatwo nie było. Ale wracam za katedrę w jednej z prywatnych szkół wyższych. Uczę tam historii sztuki. Mam nadzieję, że od października uda mi się aktualizować mój blog dwa razy w tygodniu.

06:39, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 września 2010
Notatki kieszonkowe (8). Letnie, cz. I.

Zbawienie, głupcze!

Zabłąkane tygodniki,  jeszcze sprzed smoleńskiej katastrofy. Jest w nich spokój i diagnozy pewnej przyszłości. Że ani guzika i żadna siła, żadna burza nie odbierze nam, cośmy zdobyli, obronili, pomnożyli.

Męczy mnie i wyjaławia pisanie o cudzym przypominające pracę na cudzym. Lżejszą, gdy dobrze opłacana, jednak wciąż na cudzy rachunek i dorobek. Lecz może to bycie z boku, sytuacja bycia zepchniętym na margines nie jest jeno szkodą, a szansą jakiegoś wewnętrznego uciszenia własnych frustracji? Może – jeśli będzie jej towarzyszyło uważne wglądanie się w siebie. Wtedy będzie miało w sobie coś z rekolekcji, czyli ponownego-zbierania-się.

Pierwszy dzień upału. Dom poci się teraz jak żywa istota. A w zatoce woda lodowata. Przy brzegu, gdzie najpłycej, uwija się połyskliwy narybek śledzia.

Przygotowując własną książkę krytyczną przeglądam recenzje drukowane w rozmaitych czasopismach. Zdania napisane przed piętnastu laty. Ileż w nich nadziei!

Upał dotarł do mojej pracowni. Więc znowu na balkonie. Świat nieprzerwanie emituje swą totalną audycję: pieśni Moniuszki ćwiczone w szkole muzycznej. Szum kolejki przefiltrowany przez liście kasztanów, dębów, buków u wylotu niedalekiego wąwozu. Szum turystycznych walizek na kółeczkach nieprzerwanie ciągniętych po asfalcie. Teraz znowu Schubert i popisy jakiejś koloratury.

Wiersze Artura Szlosarka. Czytam je skulony wewnętrznie. Z każdą strofą kulę się coraz bardziej.

Jan na Patmos: pierwszy surrealista. Fotograf transcendencji.

Ingo Cesaro:

Słuchaj szmerów. To
nie wieś wymarła. Tylko
cisza południa

Wyjazd na główną drogę do Gdyni. Nad dojrzewającym polem pszenicy niebo jak odwrócone morze. Lekko spienione, łagodnie zastygłe.

Spotkania z rówieśnikami, Rozmowy. Rzadko mam poczucie, że nie rozmawiają ze sobą dwie przepaści.

Przeciągłe deszcze. Kiedyś takie chłodne lato w wyobraźni Mary Shelley zrodziło Frankensteina. Ciekawe co i w kim rodzi dzisiejsza nawałnica. Kamienica która tak niedawno się pociła, pije wodę. Coraz wyraźniej czuć w nim zapachy ziemi i pleśni.

JMR: Wypełniały ją nicość, krew i asfodele […].

c.d.n.

15:54, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12