Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
piątek, 30 grudnia 2011
Sylwestrowi goście z Podwala Przedmiejskiego, czyli - ekscentrycznego nowego roku!

Roku 2011 gdańszczanie o kulturalnych ambicjach z całą pewnością nie będą  wspominać dobrze. Tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 przyznano Wrocławiowi.  Ale po kandydowaniu do tego szczytnego miana pozostało całe mnóstwo zabawnych a nietuzinkowych inicjatyw artystycznych, wartych kontynuowania. Należała do nich galeria grafitti urządzona w przejściu podziemnym Podwala Przedmiejskiego. Ciekawe, czy na sylwestrowe przyjęcie zaprosilibyście tak ekscentryczną trójkę gości? No chyba, że wolicie Kubę W. Niezależnie od gustów towarzyskich - Dosiego Roku!

 

środa, 28 grudnia 2011
Audiokultura 20/12/2011. Kalendarium lektur: Piotr Maur (odzyskany podcast z 20.12.2011.)

 

wtorek, 27 grudnia 2011
Osiemdziesiąte urodziny: Zenon Ciesielski, Zbigniew Jankowski. Relacja filmowa.

sobota, 24 grudnia 2011
Nowa chrześcijańska tradycja na Pomorzu

 

W wigilijne przedpołudnie do  długiej listy gwiazdkowych tradycji warto dopisać jeszcze jedną: parafialnych kartek z ze świątecznymi życzeniami. Po raz pierwszy spotkałem się z nią w Kokoszkowach pod Starogardem. Zaś kartkę, którą widzicie powyżej wydała parafia w Gródku (Bory Tucholskie), skąd pochodzi moja Mama. Obok wizerunku lokalnej świątyni na takiej pocztówce widnieją zwykle elementy charakterystyczne dla okolicy. Tutaj: figurka maryjna z zalewu Wdy przy elektrowni Żur oraz kajaki na Wdzie, którymi pływał po niej Karol Wojtyła; bo pamięć papieża zachowują gródczanie prawie tak rzetelnie jak górale. Zatem: Borowiakom, Kociewiakom, Kaszubom, Pomorzanom oraz wszystkim moim Czytelnikom jak internet długi  i szeroki życzę Gwiazdki jasnej od wiary, nadziei,  miłości.

piątek, 16 grudnia 2011
Joanna Borzęcka: slalom songs, Stowarzyszenie Żywych Poetów, Brzeg 2010.

Tomik Joanny Borzęckiej dotarł do mnie wraz z wieścią, że jego PT Autorkę uhonorowano Nagrodą im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut. Z werdyktem niniejszym godzę się bez odrobiny zastrzeżeń. Bo Joanna Borzęcka, jak na rasową poetkę przystało, wszystko stawia na głowie – a przy tym jej odwrócona rzeczywistość zachowuje swą własną, łatwo dostrzegalną, łatwo akceptowalną harmonię. Rządzi się prawidłami snu, a raczej snów, bo każdy z wierszy to sen osobny co przenieść potrafi nas hen, nawet do odległej krainy fascynującej groźną egzotyką (Dzikie plemię). W zwierciadłach tych wierszy czytelnik sam jawi się onirycznie. Jak widzenie, które nie chce się wyśnić do końca i najczęściej miast przejść w jawę, gęstnieje, tężeje na przydrożach świata ([mógłbym]). Dopiero teraz,  wydostawszy się z widziadlanych zapadlisk, gdy sny wytlą się na krańcach słów, wiersz Borzęckiej wychyli nas ku życiu, od razu – dynamicznie, bezceremonialnie, na jednym oddechu przechodząc od tytułu (niekiedy wmonotowanego w sam środek tekstu) do lirycznej narracji, raz modelując ją na kształt sceny rodzajowej (trzeba kupić buty) lub mglistego pejzażu (Otwarte klatki). Nie szuka znaków. Woli przeciskać się pomiędzy realiami i z nich dopiero, pozbieranych przez mimowolną pamięć zmysłów, konstruować znaczenia. Choć nawet takie, jakie są, surowe, konkretne, podobają się jej na tyle, by zaprosić je do wiersza. Te wszystkie koty, schorowane psy, wrażenia wyniesione jak pył z remontowanego mieszkania, spojrzenia dziewczynki-odmieńca, strzępy telewizyjnych newsów. Odnoszę wrażenie, że poezja debiutantki próbuje oswoić chaos, nie odbierając mu jednocześnie frapującej, zapierającej dech dynamiki. Niektóre jej wiersze drogo sprzedają swoją tajemnicę, więcej zasłaniają niźli ujawniają. Dlatego bywają sexy. I nie jest to tylko kwestia metafory łączącej odległe skojarzenia (przykład: gwiazdy sine sutki celujące w niebo – z tekstu Wczoraj wyszedłem), ale – może nawet bardziej –  bujnej dykcji, spontanicznych gier językowych (por. wymierne wyimki) tudzież zmienności melodyki tekstów przechodzących od bluesa do podbijanego wykrzyknikami skandowania.
Nie próbujcie tylko połknąć tego tomu jednym chapsem. Za dużo dobrego na raz. Polegną na tej próbie nawet najbardziej żarłoczne wierszojady.

wtorek, 13 grudnia 2011
Anioł Ślązak na Adwent 2011

Angelus Silesius (1624-1677)

 

Rozległość duszy

Niebo dla mnie za małe/ i za ciasny świat:
Gdzież więc dla swej duszy przestrzeń znajdę rad?


("Cherubiński wędrowiec", Księga pierwsza, 187.)

 

Oczy duszy

Dusza dwoje ma oczu: jedno w czas się wpatruje/
Drugie zaś ku wieczności spojrzenie kieruje.

(tamże, Księga trzecia, 228.)

piątek, 09 grudnia 2011
Roman Honet: Piąte królestwo, Biuro Literackie, Wrocław 2011.

Tomik jakby specjalnie dla zaawansowanych czytelników Honeta. Spotkamy tu właściwie cały repertuar Honetowych  pojęć-sygnatur: chorobę (człowiek, który wędrował przez węża), samotne, starcze umieranie (pożar), umarłych (minuta), ubojnie (instytut maryi, życzliwi), wreszcie wydaliny i wydzieliny (właściciel). I krew, dużo krwi. Duszno się tu robi. Nieprzyjemnie, brudno, hektycznie. Jak gdyby liryczne „ja”  chciałoby w kilku gwałtownych spazmach pozbyć się nagromadzonego w nim koszmaru, jadów, zropień, zjątrzeń. Drastyczność Honetowych wyobrażeń sięga w „Piątym królestwie” jakiegoś ekstremum. Widać tutaj bardzo wyraźnie fascynację biologią rozpadu, innością kalectwa, pomieszaną z prawdziwą trwogą, jaką budzi erozja bytu, który traci substancjalność, gdy wraz z posoką traci swe cechy szczególne. Gdy żywych zaczynają zastępować upiory – ciała w stanie komy, ciała – przestrzenie, po których zaczynają hulać niestworzone obrazy. Widzenia stale się przepoczwarzające, coraz bardziej toksyczne (sąsiedztwo). Pozostają po nich teksty niczym wężowe wylinki (wstyd i wiśnie). Wypowiedziane iskrzycie. Niekiedy na jednym urywanym oddechu. Coraz bardziej umęczonym. Dykcją kontrolowanej logorei, wzmacnianej od czasu do czasu grubszym słowem (przykład: płatki śniegu błyszczące/ na sieci trakcyjnej, żniwo/ostatniej nocy – białe,/ bezwłose ciało i ruchanie – z wiersza kat). Tylko po co poecie słowo aż tak grube? Wiem mogło być potrzebne dla podtrzymania napięcia dykcji. Prawda też, że poeta nie nadużywa go dla samego efektu, nie szafuje nim przy byle okazji. Wszakże rodzi to we mnie obawę, czy w tej pogoni za dosadną ekspresją nie zapędził się aby na granice pospolitości. Czy nie naruszył doskonale funkcjonującej dotąd w jego pisaniu równowagi pomiędzy tym, co drastyczne, a tym co subtelne?  Ceniłem, cenię,  liryzm jego wierszy-majaków: rozgorączkowany, wrażeniowy (zob. [z naszej wyprawy w głąb oka]). Wciąż budzi we mnie podziw moc jego porównań ( z jednego tylko wiersza: ryba/ leżąca w śniegu jak nóż po przejściu procesji ; śmiech/ jak okno dźwigane za trumną). Często zachwycają mnie jego pointy. Lecz czułości - tego składnika łagodzącego spojrzenie i sposób mówienia, równoważącego drastyczność wyrazu - tej brakuje mi bardzo. Wyznam to z całej, szczerej przyjaźni, jaką dla autora "alicji" od lat piętnastu żywię.

wtorek, 06 grudnia 2011
Mikołaj z Chełmna

Mikołaj. Jeden z najbardziej godnych świętych. Przeto ani mu w głowie włazić do ludzkich siedzib przez kominy, co insynuują mu niekoniecznie mądrzy scenarzyści amerykańskich filmów. Bo nie trollem był, a biskupem z zawodu,  cudotwórcą zaś z powołania. Potrafił nawet wskrzesić niedorosłe osobniki ludzkiego gatunku, zapeklowane w beczce przez chciwego rzeźnika. Ale również temu ostatniemu Święty okazał miłosierdzie, zapewniając go - i tu powołuję się na poetyckie świadectwo Gerarda de Nervala - że pokutą zmaże grzech swój ludożerczy. Dlatego pomni tej okropnej dość legendy w towarzystwie dziateczek wskrzeszonych a nabożnych przedstawiali Mikołaja twórcy obrazów tudzież malowideł. Jak ów anonimowy majster pędzla, którego dzieło wisi do dziś na ścianie podominikańskiego kościoła śś. Piotra i Pawła w Chełmnie nad Wisłą.

piątek, 02 grudnia 2011
Notatki kieszonkowe (10)

Nie umie utrzymać porządku w sobie. Bo za często jego wnętrze urządzali inni. Sprzecznie i wedle własnych gustów.
Zamieszkuje teraz siebie jak obskurną graciarnię. Jak cudzy dom.

Tagi: zapiski
08:48, peter1968
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2011
Paweł Kozioł: Przerwane procesy. Szkice o poezji najnowszej, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2011.

Wiersz stworzyć może każdy, w kim tli się zarzewie talentu. Ale, by wiersz przeczytać, a przynajmniej przeczytać  z należytym zrozumieniem, trzeba talent połączyć z erudycją. Konstatacja taka zakłóci spokój wszystkich, co za podstawowe źródło wiedzy  o zjawiskach lirycznych uważają  promocyjnie-przymilną albo protekcjonalnie-uszczypliwą krytykę felietonową. Tymczasem, wskazuje Kozioł, obowiązkiem krytyka jest przede wszystkim szukanie związków pomiędzy formą a znaczeniem. Wrażenia odgrywają zaledwie pomocniczą rolę. Przychodzą później niźli ustalenia wywiedzione z rytmu tekstów, ich rezonansów, oddechów lub chorobliwej zadyszki. Intelektualizm autora najłatwiej zauważyć w drugiej części książki gdzie rozbraja kod klasycyzujący. Dosłownie rozkłada go na czynniki pierwsze. Zaczyna od jego strony strukturalno-semiotycznej. Odnosząc się  do poezji Jacka Dehnela  oraz  Agnieszki Kuciak,  stwierdza: Gdy kodu nie ma, wówczas na wszelki wypadek wszystko redukowane jest do poziomu gramatyki, retoryki i poetyki – i w odróżnieniu od poezji tzw. językowej jest to redukcja raczej bezrefleksyjna (s. 72–73). I kto to pisze? Nie obrazoburca żaden, ni tym bardziej żurnalista-naturszczyk, co się przypadkiem dorwał do recenzenckiego pióra. Zamknięty, ograniczający repertuar poetyckich gestów model klasycystyczny, kruszy tutaj wprawny hermeneuta, miłośnik Kaspra Twardowskiego, Zbigniewa Morsztyna, Kaspra Miaskowskiwego. Klasycystów zaś gromi nie tyle za naśladownictwo, ile za brak umiejętności rozróżnienia pomiędzy problematyką istotnie poważną a drobiazgami udrapowanymi w kostium powagi; daleko jednak bardziej – za ukryty pod wypolerowaną formą, brak zrozumienia dla tradycji, która nie była arkadyjską domeną kontynuacji, lecz polem walki – co zresztą lepiej świadczyło o jej żywotności niż dowolna ilość hołdów (s.  84). Po antyklasycystycznych pamfletach najlepiej poznać, że Kozioł do produktywnej pracy zaprzągł język akademicki; przebudził go z metodologicznej drętwoty rozprawek semestralnych albo seminaryjnych dysput. Czy należy tu jeszcze dodawać, że owa swoboda wynika z prawdziwej rzetelności literaturoznawczej? Mniej więcej w połowie tomu, przy okazji rozważań nad „Wierszami żebranymi” MKE Baczewskiego z napomknień i cząstkowych wniosków wyłania się podstawowy cel interpretacyjnych poszukiwań: język,  za pomocą którego można myśleć (s. 161). Takie właśnie modelowanie języka zauważa Kozioł u poetów bliskich awangardzie, Pisze: Zadanie awangardowe w dzisiejszej poezji pojmuję jako pozbawianie wiesza podpórek (s. 266), na kolejnych stronicach swój wybór bardzo przekonująco uzasadnia. Rozwojowy potencjał awangardy uważa za jej najważniejszy wyróżnik, czynnik przyspieszający proces nasycania się poezji tym, co ceni najbardziej – literackością. Idzie przez lektury szerokim frontem (por. zestawienia bibliograficzne i indeks osób). Zagląda we wszystkie zakamarki tekstów. Ale nawet gdy bywa ironiczny, nie straszy tych, co nawinąć mu się mogą pod pióro. Przeciwnie: ośmiela do poezjowania. Jak mało kto.


  • Autor o swojej książce, nagranie z poranka promocyjnego, Warszawa, Staromiejski Dom Kultury, 03.09.2011.: