Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
piątek, 03 lutego 2012
Żal po poetce

Kiedy ogłoszono wiadomość o zgonie Wisławy Szymborskiej, internetowe fora zaroiły się od komentarzy - często malodusznie zjadliwych, wypominajacych poetce socrealistyczny debiut. Noblowski laur z niczego nie rogrzesza. Mam jednak prawo twierdzić, że uprzedzenia takie mogą żywić ci, co zapamiętali poetkę ze szkolnych wypisów. Przez całe dekady drukowano tam "Gawędę o miłości ziemi ojczystej" (akademijny patos; namaszczenie tego tekstu rzeczywiście nie przetrwały próby czasu). Prócz tego "Obóz głodowy pod Jasłem", gdzie poetka konkurowała z Tadeuszem Różewiczem w opisie okupacyjnej zgrozy. Wreszcie "Minutę pamięci po Ludwice Wawrzyńskiej", gdzie w zakończeniu słychać już tonacje, jakimi potem po dzisięcioleciach odezwie się jeden z najchętniej przywoływanych jej wierszy - "Kot w pustym mieszkaniu".   
Ale i mnie poetka długo przekonywała do swojej twórczości. Uczynił to dopiero jej zbiór "Ludzie na moście" (1988); jedna z najwybitniejszych polskich oraz  europejskich książek poetyckich. Elegancja wyrazu idzie tam w parze z romańską rzeczowością dykcji. Coś z tej siły ma jeszcze przednoblowski "Koniec i początek". 
To, co zdarzyło się po Noblu,  wskazuje na to, że Szymborska jest wciąż poetką tyleż czytaną, co - jak świadczą rozliczne interpretacje jej dzieła i rozbiory pojedynczych wierszy - niedoczytaną. Dlatego wciąż bardziej interesować nas powinno jej życie w wierszu niźli śmierć.

 

Wisława Szymborska, collage (1993). Zbiory autora blogu.

wtorek, 31 stycznia 2012
Leszek Engelking: Muzeum dzieciństwa, WBP i CAK, Poznań 2011.

I. Przeważająca część zbioru  rysuje nam dzieciństwo na tradycyjny,  prawie dziewiętnastowieczny sposób, otoczone opowieściami pozostawionymi nam przez starożytnych Greków (Na drodze), Biblię,  żydowskimi podaniami, relacjami podróżników zapełniającymi zostanie białe plamy w atlasach (fêtes galantes), miejskimi legendami, narracjami o bohaterach Dzikiego Zachodu (Tutaj), przemieszanymi,  dziwnym sposobem,  ze strzępami politycznej propagandy (Tajny raport o zanieczyszczeniu powietrza). Każdą z tych historii umieszcza autor w  szczupłej przestrzeni kilkunastu ulic, placyków, parków i skrzyżowań  górnośląskiego miasta, które do końca nie chce wyjawić swojej nazwy. Jakby  się jej wstydziło. Gdyż daleko stąd na przykład do Drohobycza z jego schulzowską atmosferą utkaną  z cudów i niesamowitości. Daleko również do Lwowa, skąd przybyła znaczna część jego mieszkańców (Nietutejsi). Przemiana miasta dokonała się gwałtownie, nieodwołanie. Wychodźcy, niemieccy wygnańcy, odeszli stąd tak nagle, że w pośpiechu pozostawili duchy, zabłąkane wspomnienia, charakterystyczną architekturę, parkowe rzeźby (Lwy). Wyobraźnia dziecka asymiluje je prędko, życzliwie, nie bacząc na historyczne zaszłości. I pozwala im teraz trwać w wierszu.  Skoncentrowanym wciąż wokoło środka świata, omfalosa, południka zero wewnętrznej geografii.   

II.   Ekspozycja, przez którą prowadzi nas poeta, składa się zasadniczo z trzech części. Pierwsza przedstawia historię naturalną, od trylobitów,  mieszkańców tego samego morza, szumiącego w wierszu Fosylia, poprzez mamuta (Skarby przyrody ojczystej) aż po spreparowanego wieloryba imieniem Goliat (Recepcja Hermana Melville’a w Polsce (lata sześćdziesiąte XX wieku) ). Jedne fascynują chłopięcą wyobraźnię dawnością, inne ogromem rozmiaru.  Lecz jednako wskazują na organiczny związek łączący porządek natury z losami  cywilizacji, z następstwem ich rozwoju i kresu („Powtórne przyjście”).  
Dział drugi wprowadza nas w społeczne dzieje miasta, zamieszkanego wpierw przez pozostawione w pośpiechu duchy: bywalców hotelowego pokoju na godziny (Długa 88), niejakiego Jeziorkowskiego, woźnego z katolickiej szkoły dla dziewcząt (Déjà vu). Zupełnie bezkonfliktowo koegzystują z Paulkiem lub byłym zesłańcem i żałobnikami z wiersza Krarawan. Mało tego: ochoczo pozują z nimi do rodzajowych scenek – bynajmniej nie melancholijnych. Czyżby wiedziały, że melancholia jest przypadłością żywych?
  Najmniej dostojnie, acz najciekawiej,  prezentuje się dział trzeci: gabinet map i rycin. A właściwie ich fragmentów, ocalonych projekcji i przypomnień przypisanych do nazw lub adresów: do ogrodu zoologicznego, do kawiarni „Pod Misiami”, do kilku kin, budynku opery lub nieistniejącej synagogi. Przywoływanych jakby przypadkowo, bez pretensji do topograficznej systematyczności. Protagonista tomu preferuje hulaszczy tryb/przemieszczania się (tańce, hulanki, swawola).  Luki  uzupełnia materiałem zapożyczanym zewsząd: tyleż ze zmyślenia co z prawdy.  W ten sposób usiłuje tworzyć ezoteryczną formułę, dzięki której odkryje się […] byt i wszystkie […] czasy (Gematria), określające tożsamość miejsc, gdzie niegdyś przechodził najważniejsze inicjacje.

Pełny tekst recenzji ukaże się drukiem na łamach Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

piątek, 27 stycznia 2012
Zygmunt Krasiński, czyli e-mail do Delfiny

Czymże są nasze myśli, jeśli nie nas samych formami, które płyną w stronę tych, których kochamy. Czymże list Twój każdy, jesli nie Tobą, ale Tobą pod tym kształtem. Dleczegóż nie mogłabyś i pod innym się objawić Dleczego by Twoja postać nie zdołała powtorzyć się tysiąc razy, polecieć do mnie przez fale powietrza jak magnetyzm?  (List do Delfiny Potockiej, 1839)

Biedny autor "Irydiona" i "Przedświtu"! Nie dlatego może, że nie zobaczył na własne oczy żadnej z  nie-boskich komedii naszego czasu (jako dźentelmen wiedział, kiedy umrzeć). Ale z tej przyczyny, że nie doczekał Internetu. Już widzę hrabiego-poetę, jak wystukuje na klawiaturze jeden ze stu tysięcy e-maili do Delfiny. Ona zaś, w obłoku pikseli trasmitowanym przez sieciową kamerkę, leci do niego  jak magnetyzm. Choć, swoją drogą, mniejszą mielibyśmy szansę na publiczne zaistnienie arcydzieła romantycznej  epistolografii. Namiętne do mistycyzmu zdania, sczezłyby zapewne podczas kolejnego formatowania twardego dysku. Lub zjadłby je bezduszny wirus, ktory nie wie, co to czucie i wiara.  A tak - wszystko przechował papier. Wytwały, wierny jak miłość tych dwojga.  

wtorek, 24 stycznia 2012
Olga Kubińska w Dworku Sierakowskich (20.01.2012.)

Kolejną odsłonę "Wierszy na piętrze" wspominam z mieszanymi uczuciami. Wiersze Olgi Kubińskiej pomieszczone w w tomie Zaduszki (Biblioteka Toposu, Sopot 2011), są tekstami napisanymi sprawnie  z prawdziwym wyczuciem literackości. Poruszają siłą metafor. Poczytajcie tylko: martwi rozpełzają się po każdym stawie, obrastają naskórek i podskórne źródła (Zaduszki, cz. VIII). A jednak mam czasem wrażenie, że aspekt terapeutyczny wydaje się się w tym tomie brać górę nad egzystencjalnym i duchowym. Zgoda - pierwszy, epitafijny cykl  tomu, tytułowe Zaduszki, można uważać za swoistą pracę żałoby, za próbę (udaną!) wypowiedzenia śmierci, doświadczenia bezwzględnej utraty i braku. Surowość, lapidarność poetyckiej wypowiedzi musi budzić szacunek. W drugiej części tomu, zwłaszcza w posłowiu, dochodzi wszakże do głosu fascynacja innością; fascynacja, niechże mi to określenie PT Autorka wybaczy - akademicka. Czyli taka, która nie może się obyć bez erudycyjnych kontekstów oraz... psychologizującego sondowania cudzych, podkreślam, cudzych traum, przy jednoczesnym poniechaniu zamiarów wymierzania sprawiedliwości widzialnemu światu, naznaczonemu - i tu zgoda po raz drugi - ewidentnym złem antysemityzmu (cykl Diabelski młyn, cz II, [Dworzec Gdański] ) czy pedofilii (tamże, cz. III). Poezja Kubińskiej chce przełamywać tabu. Wolno jej. Ale ja wolę również  wiedzieć, interpretując kolejne teksty, w imię czego to czyni, jaki porządek aksjologiczny stanowi jej punkt odniesienia. Stąd też w drugim pomieszczonym tu cyklu najwyżej stawiałbym fragment dziesiąty [rozpady i rozwody], opowiadający o smutnych skutkach wyprowadzki ze starego domu. Mimo swoich zastrzeżeń, radzę Wam: sięgnijcie po ten zbiór, po to chociażby, aby wyrobić sobie o nim osąd własny, kto wie - może łagodniejszy niźli mój. Dla zachęty posłuchajcie wierszy w autorskim wykonaniu.

piątek, 20 stycznia 2012
Ewa Miłek: drugie wejście (Filia Gdańska WiMBP w Gdańsku, 17.01.2012)

Spotkanie autorskie Ewy Miłek promujące jej zbiorek "Miękkie, święte i ciepłe" wskazywało na to, że poetka niechetnie się rozstaje z "Wierszycami", projektem poetycko-multimedialnym, o którym pisałem tutaj przed półtora rokiem . Być może dlatego, że  jej teksty, pozbawione cyfrowej osłony, muszą teraz sobie radzić same - wystawione na czytelnicze niedowierzania i zachwyty, na zaciekawienie i krytycyzm. Jednak już pobieżne przekartkowanie zbiorku budzi nadzieję, że owe wiersze mają szansę wyjść z tej konfrontacji obronną ręką i mogą stanowić niezły "pakiet startowy"  dalszego rozwoju ich autorki. Trzymam za nią kciuki, zapraszając moich Czytelników do obejrzenia poniższej videorelacji. 

  

wtorek, 17 stycznia 2012
Justyna Krawiec: chłód, biblioteka "Arterii", Łódź 2011.

 To wiersze o chłodzie, ale nie wychłodzone. O chłodzie, jaki zapada, gdy kobiece „ja”, o wnętrzu prawie od początku wydrążonym, spustoszonym, nie może dotrzeć do oddalonego o wiele zim męskiego „ty” (por.: Jeden na jeden). Emocje lirycznego podmiotu mówią tu tak głośno, że nie dopuszczają do głosu adresata. Tekstowa bohaterka zaczyna mi przypominać Lisa, który nie znalazł jeszcze swego Małego Księcia, ani nikogo innego, kto byłby go skutecznie oswoił. Sama oswaja swój ból (Wersja alfa) lub obcość (Królowa śniegu). Może trafniej byłoby stwierdzić, że swoje nadwrażliwe odosobnienie zaklina wiązaną mową (zob. Bez tytułu I), wiąże w figury miłosnych rozczarowań lub szaleństw (Ofelia 2010). Lub rozpoznaje swe schronienie, określoną więc, bezpieczną przestrzeń, gdzie mogą się zadomowić ci, co są od początku gotowi do odrzutu, odporni na ból/ pękających kości (Wczoraj przyśnił mi się Tom). Dzięki temu owa samotna, samo-zmarginalizowana postać może powracać do źródeł, do bezbolesnych jeszcze początków. Aby od tego punktu podjąć kolejne próby dorastania do własnej kobiecości (Przepis na rybę w owocach) lub napełnienia jej pełnokrwistym życiem (Ona). Z dwojga trudnego wolę, gdy poezję Justyny Krawiec poruszają obsesje i pasje niż wówczas, gdy zapisana w niej egzystencja pospolituje się z przypadkowymi, uliczno-dworcowymi wrażeniami (Ostatnia granica; Zima)

Fragment większej całości przeznaczonej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

piątek, 13 stycznia 2012
Poezya, czyli co ty wiesz o asfodelach?

 

 

Krytycy pospołu z teoretykami literatury  wciąż się spierają,  co to takiego poezja. Malarze wiedzieli już dawno. Na przykład taki Piotr Stachiewicz (1858-1938), ilustrator młodopolskiej egzaltacji. To jedna z moich ulubionych alegorii jego pomysłu tudzież pędzla. Mniejsza że pocztówkowa, poplamiona nieco, wytarta na brzegach. Naiwniuteńka, ale jakże wzruszająco prezentuje przekonanie, iż sam Amor podszeptuje zbrojnej w pióro, spowitej w pelerynę personie najbłyskotliwsze strofy zdobne kwieciem elizejskich asfodeli.
Z związku z tym ostatnim zapytuję: co Ty, młody poeto, wiesz o asfodelach?
Musiała o nich coś wiedzieć panna Martyna Strzyżowska, która na odwrocie, fioletowym atramentem, zgrabnie wykaligrafowała: W dniu imienin koleżanki składam serdeczne życzenia i dopisała z boku datę - 15/XI 1918 r.

wtorek, 10 stycznia 2012
Bartosz Wiczkowski: Północna strona, MiPBP w Będzinie/MAGIC s.c Będzin 2011.

Wiczkowski, jak mało co, ceni sobie swobodę mówienia językiem, który szybo wchłania inne języki, absorbuje nawet surowe, nieartykułowane dźwięki natury, jak gdyby sięgał do momentu, gdy pierwotne spostrzeżenie, zasłyszenie, dopiero zaczynało przyoblekać się w mowę, w prawdziwie człowiecze nazwy (por. wiersz ***, rozmawiamy w umarłym języku liści…). Od tych pierwocin, poezja Wiczkowskiego długim susem przeskakuje do zmasowanego, medialnego przekazu, samopowtarzalnego komunikatu rozsadzającego ramy telewizyjnych ekranów: wszystko w HD/ odtwarzane w nieskończoność/ w dowolnej kolejności, dowolną ilość razy/ z rosnącą liczbą ofiar (Obłęd w wysokiej rozdzielczości). Jednakże nie tam, nie w tym obłędzie, podobnym do piany lub patologicznego wykwitu, szuka prawdy. Nie w tym języku stara się utrwalić doświadczenia podmiotu. Ten ostatni jawi nam się tutaj w wielorakiej postaci: raz jako zwycięski łowca, innym razem – jako leśny zbieracz, aby zaraz stanąć przed nami jako zagubiony chłopiec (wiersz tytułowy). Wielość taka sugeruje, że nie zakończył się jeszcze czas ostatecznego formowania lirycznej persony; że nie minął jeszcze okres archetypicznych, inicjacyjnych łowów, wtajemniczających w umieranie i zabijanie jeleni. Pojawiającą się na tych stronicach nazwę gatunkową, należałoby może uważać za słowo-klucz, rozumieć ją w kategoriach pars pro toto – jako reprezentację tego, co w nas (albo pomiędzy nami) najbardziej płochliwe, bezbronne. Podobnie inicjacyjny charakter mają również łowy miłości, zakończone bezlitosnym ćwiartowaniem ofiary, pokazem kolejnego trofeum w domu pozbawionym złudzeń (por. Łowca jeleni). Nie sądźmy jednak że poeta zwykł epatować krwiożerczym gwałtem. Wręcz odwrotnie: równie zręcznie, przy użyciu powszednich, właściwie trywialnych, szczegółów umie malować intymny wizerunek małżeńskiej wspólnoty (Śpisz, gdy w poniedziałek rano wychodzę do pracy). Poetycką robotę Wiczkowskiego wyróżnia wreszcie umiejętność syntetyzowania podróżniczych wrażeń pozbieranych po ścieżkach prowadzących poprzez gorące izraelskie Południe. Czy podróż jest odpowiedzią? Dowiemy się tego zapewne w kolejnym zbiorze. Oby niedługo!

Fragment większej całości przeznaczonej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

piątek, 06 stycznia 2012
Rzeźby Adama Myjaka w PGS - film z wernisażu
16:45, peter1968
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 stycznia 2012
Kalendarium lektur. Michał Murowaniecki, Spięcie, Biblioteka "Arterii", Łódź 2010.

Jedna właściwie okoliczność sprawiła, że miniony rok był bardziej znośny: mnóstwo naprawdę ciekawych zbiorów poetyckich, które rozmaitymi drogami docierały do mojej pracowni. Niekiedy ze sporym opóźnieniem. Ale nie wypada mi się zbytnio skarżyć. Zwłaszcza wtedy, gdy zmieniały mój pogląd na twórczość  tego czy innego autora.
Do książek takich należy "Spięcie" Michała Murowanieckiego. Swego czasu dość surowo, może nawet zbyt surowo, oceniłem jego debiut ("punctum", 2008). Zawartość  drugiego, podebiutanckiego zbioru stanowczo skłania mnie do poważnego złagodzenia poglądu.
Liryczne "ja" w wierszu "Sutra Hertza" powiada: Jestem  filtrem zgiełku. Rzeczywiście,  wykazuje  się słuchem bliskim absolutnemu (w tej konkurencji Murowaniecki mógłby już śmiało się mierzyć z samym Maciejem  Woźniakiem). Bezbłędnie wychwytuje rytmy i arytmie, a nawet pojedyncze drgania  rozgrywającego się wokoło  świata. Co do tego ostatniego - nie prezentuje nadmiernych oczekiwań. Wyraźnie pozbył się złudzenia, że uwikłany w reklamowe komunały, może być jeszcze przestrzenią, gdzie spełni się mityczny scenariusz, zakładający postawienie nas w sytuacji granicznej. Czyli  takiej, która pozwoli nam poznać samych siebie.
O pół kroku za słuchem idzie wzrok - teraz o wiele ciszej, o wiele ostrożniej niźli w zbiorze debiutanckim. I spogląda o wiele dokładniej, tak, że  obrazy które dlań zaistniały, dawno wykroczyły granice wsobnych widzeń, a każdy ujrzany przedmiot lub pejzaż chce być metaforą (zob. "Kobiety, obiekty"). Zapewne dzięki temu znacznie sugestywniej, znacznie bardziej plastycznie, poeta opisał tu swoje obserwacje stanów świata i skoncentrowanych w nich znaczeń (zob. wiersz: "Piętrolinia). Zdając na tych stronicach sprawę z własnych interakcji ze światem, tworzy swoisty traktat o poetyckim poznaniu. Wobec siebie - bywa poeta ironiczny. Wobec innych - nigdy. A najistotniejszy,kiedy rozważa trudną relację ojcowsko-synowską rozpiętą pomiędzy anegdotyczno-biogaficznym konkretem ("Kategorie") a metafizyką ("Epitafium dla Fuji"). Mam w ogóle wrażenie, że poezja Murowanieckiego zaczęła dojrzewać do wglądu w  rzeczy niewidzialne, nie tylko za sprawą skłonności buddyjskich. Prędzej, dzięki osobliwemu spięciu zmysłów, zwarciu poznawczych potencjałów, jakościowo różnych informacji, skojarzeń powstających w rozmaitym tempie, ułożonych często w nadrealne figury (por. "Klamry"), porządkowane regularnością wersyfikacji.
Na to czekałem! I się doczekałem. Hurra!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55