Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
piątek, 09 marca 2012
Robert Miniak: Drzewostany, Wydawnictwo „Kwadratura”, Łódź 2011 .

Dla tej książki warto wstać rano wcześniej niż zwykle i powędrować z autorem w las. W ten sam las, który już trochę znamy z Czarnego wesela. Lecz zawsze  czujemy się w nim nieswojo. Poeta daje nam zresztą do zrozumienia, że  tak właśnie czuć się tam powinniśmy. Wchodzimy przecież w granice cudzej własności. Naprzykrzamy się drzewom, duchom, duszom, zmorom, zamieszkującym przestrzeń oddzieloną, mającą cechy tabu. Lub odrębnego sacrum fundującego moralny porządek,  zdolnego odpuszczać winy (por. wiersz: drewno wie pierwsze).  Na jej autonomiczną sakralność, przystać musi nawet sam Bóg. Każdy cud, dramat, liturgia, łącznie z misterium zmartwychwstawania lub horrorem zatracenia nosi jej charakterystyczne piętno. Będzie las – powiada poeta – nawet wtedy, gdy zniknie już nadrzeczne sioło ze świątynią i zdobiącymi ją kiedyś witrażami (święte szkło).          

Światopoglądowi poezji Miniaka znacznie bliżej do pierwotnego animizmu niźli do abstrakcyjnego panteizmu. Obdarza naturę duszą, zmysłami, życiem psychicznym. Każe jej słyszeć, widzieć, czuć. Nawet prorokować przyszłe katastrofy dziejów: okrutną wojenną śmierć, o której traktuje  celnie wkomponowane pomiędzy dwa  cykle wierszy parustronicowe opowiadanie Mowa lasu.               

Człowiecze zachowania, rytuały, wierzenia, ledwo odrosły od natury. Wzięły się najwyraźniej z potrzeby odczytywania jej znaków i zaskarbiania jej przychylności. Zwłaszcza, że przyleśne okolice  pełna są zakamarków nieprzyjaznych, miejsc nawiedzonych, jak utrzymują tutejsi starcy tudzież staruszki. Te ostatnie potrafią odpędzić złośliwego topielca (powódż) albo ostrzec przez zgubnymi skutkami świętokradztwa (por. druid). Poeta naśladuje ich opowieści,  poprzez które manifestuje się wieczna filozofia mitów, wzbogacona kolażowo potraktowanymi scenami wiejskiej rodzajowości umiejscowionej na skrzyżowaniu od-wieczności z prawie-współczesnością (znamię).

Za pogłębianiem się tajemnic, za intensyfikacją znaczeń, podąża język imitujący strukturę magicznego zaklęcia. Przenośnie zachowały tutaj swój retoryczny związek ze skróconymi porównaniami. Odwrócenie logiki związków międzywyrazowych (przykład: rano powieki otworzą kobietę - z wiersza sierść), odświeża ogląd  lirycznych sytuacji.              

Wierszostan Roberta Miniaka rośnie w liczbę. Rośnie w siłę.

wtorek, 06 marca 2012
Notacje. Luty 2012

Za kierownicą. Do N. przez białą magię mrozu, która prądotwórcze wiatraki zamienia w wyniosłe, nieco sztywne kwiaty, a fabrykę budowlanego kruszywa przebrała za fantastyczne zamczysko z epoki, co dopiero nadejdzie.

 Kto żyje jak pijany, ten ma szansę wytrzeźwieć, gdy pisze. Jakoś się ogarnąć, pozbierać przy piórze.

 Nie szukać łatwych przejść. Przeciwnie - szukać oporu, który po przełamaniu może się stać oparciem. Ćwiczyć się na najbardziej trudnych ścieżkach. Na stromiznach siebie samego. Może dzięki temu częściej się uda uniknąć wewnętrznych pułapek.

 W B. Po długim śnie poranne uczucie rozproszenia. Nie umysłowego  bynajmniej, ale fizycznego. Jak gdyby zmęczenie skorodowało połączenia pomiędzy komórkami ciała, które po przebudzeniu z wysiłkiem wracają na swoje miejsce, opieszale wiążą się na powrót w jakąś całość. Kto mi jednak zagwarantuje, że wszystkie trafiły tam, gdzie tkwiły poprzedniego wieczora? Żadna nauka i żaden zabobon nie mogą za to ręczyć.

Skąd we współczesnej, młodej zwłaszcza, literaturze, tyle powrotów do zdradzonego niegdyś  dzieciństwa? Przecież poeci, poeci zwłaszcza opuszczali je z taką dumą, jak syn marnotrawny zostawiał dom ojca, gdzie wszystko zdawało mu się zbyt opatrzone, nazbyt znane – i chciał więcej świata.

 Muzyka się w tobie budzi. Muzyka do słuchania nocą.

 Jak dawniej, gdy chodziłem z chlebakiem na ramieniu.

Sobotni ranek. Świat się ocknął i jak opętany wysyła e-maile masowego rażenia.

 Ka się martwi o frekwencję na spotkaniach poetyckich, stara się informować wszystkich dokoła, a tak mało słuchaczy przychodzi na organizowane przez niego imprezy. Być może jednak poezja odsunęła się już tak daleko od doświadczeń jej potencjalnych czytelników, że przestali ją widzieć na swoim horyzoncie. Tylko co teraz na nim widzą?

Dzienniki Sławomira Mrożka. Uwagi boleśnie trafiające w nerw inteligenckich oraz narodowych kompleksów, obolałości, poglądy mącące w zastoinach przyzwyczajeń. Odbija się w nich lustrzanie jego wiek męski, wiek klęski. I jak wielu z nas nie wie, którędy uciec z duszą na listek.

Na Kaszubach, prawie bezśnieżnych. Ale jeziora i „błotka”, czyli naturalne oczka wodne,  przykryte chropawymi, jak gdyby starczymi powiekami lodu.

Jeden z bardzo znanych biskupów pisze o antykościelnych działaniach masonerii. Nie rozstrzygam, czy w tym ma rację. Lecz zawsze w takich momentach zaczynam zastanawiać,czy wchodząc w gwałtowne spory światopoglądowe, wypracowaliśmy sobie język, którym będziemy je toczyć. W każdym razie, winien być to język, który obu stronom nie odbierze jasności myślenia, klarowności argumentowania. Innymi słowy – nie zmąci nam rozumów. Nie zatrzyma nas w okopach, na zmusi do prowadzenia światopoglądowej wojny pozycyjnej, z linią frontu przebiegającą w poprzek społeczeństwa.
Zresztą tak się już teraz porobiło,  że najmniej skłonni do dialogu są  propagatorzy tolerancji tudzież rzecznicy różnorodności. Sekundujący im fanatycy lewicowego liberalizmu prześcignęli już w doktrynerskiej zajadłości najgorliwszych zelotów i sekciarzy.

 

Tagi: luty 2012
08:08, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 marca 2012
Fotografie Tomasza Gudzowatego w PGS Sopot - wideorelacja
wtorek, 28 lutego 2012
Andrzej Mestwin: Być może Coś innego, Oficyna Wydawnicza Tysiąclecia, Gdańsk 2011.

Debiut późny, lecz nie spóźniony: w sam czas. Dekady, które znacznie młodsi wykorzystywali na prędkie  zaczernianie papieru (o co żalu do nich nikt mieć nie może), Mestwin spożytkował na spokojnie dojrzewanie, na weryfikację sądów, na dostrojenie języka. W ten sposób przekonująco udzielił głosu rozpoznaniom i światopoglądowym wahaniom dziś dorosłego, „wypranego pokolenia”, które często wstydziło się i wstydzi nie tyle może daty swojego urodzenia, ile dorastania w dobie „transformacji ustrojowej”  więc siłą rzeczy nie zdążyło się zakorzenić w dawnym, inteligenckim paradygmacie kulturowo-duchowym. Natomiast nowy,  ponowoczesny świat kazał mu prędko zmieniać kostium i nosić go jak nową skórę. Niby nową, lepszą, wolną od jakichkolwiek zobowiązań, naturę. Natury jednak oszukać się nie da. A to ona, wciąż pomna urody koniunktiwu podpowiada, że nie wszystko godzi się obrócić w żart. Że czasem powaga podejmowanych dylematów broni przed poczuciem nieznośnej lekkości bytu.                                                                                                                       Lekkość tę  bohater Mestwinowych wierszy odczuwa bardzo dotkliwe. Wzrastał w heroicznej dekadzie, gdy studiowano traktaty moralne nakazujące wierność imponderabiliom, po  przełomie bezmyślnie wyszydzanym. Nie unieważnionym jednak. Bowiem o dobro i zło, o zbawienie od złego można zapytać tylko serio. Może dlatego zbiorek Mestwina otwiera cykl wierszy religijnych, a właściwie – cykl wierszy o wierze. Nieuładzonej, bez pobożnego lukru, zdystansowanej od żarliwych uniesień. Natomiast usilnie poszukującej zrozumienia. Wiara rodzi się tutaj z napięcia pomiędzy łaską  a naturą, skupiającą w sobie wszystko, co ludzkie jak diabli (por. wiersz Apostołowie). Nie wyrasta bynajmniej z odziedziczonych tradycji ani z sentymentów. Raczej z indywidualnego przemyślenia kwestii stawianych ongiś przez św. Pawła (Hymn) i Augustyna (Wiara). Za ich przykładem poeta umieszcza w centrum Chrystusa, ukrzyżowanego i  zmartwychwstałego towarzysza wędrówki do Emaus lub obserwatora drogi do Damaszku (zob. Wiersz wielkanocny).  Świadka codziennych człowieczych zagubień i zbłądzeń (Modlitwa nie nasza). Jaki jest cel takiej wiary? Jeszcze nie teologicznie pojmowane zbawienie. Mówiącej tutaj personie wystarcza, że z wiary pochodzi nadzieja na przywrócenie człowieka samemu sobie, a świata – człowiekowi. Nawet wtedy, gdy ten ostatni, reprezentuje przekonania dość eklektyczne, deklarując: może to niemodne: wierzę w socjalizm// i matkę Boską amen (Wyprane pokolenie). Bez wątpienia daje się tutaj zauważyć pewna wrażliwość społeczna (Inni) i coś, co należałoby nazwać wyobraźnią historyczną (lepszym jej  świadectwem pozostają pewnie opublikowane jednocześnie z omawianym debiutem tom Elegie gdańskie). Bohater wierszy Mestwina przyjmuje niekiedy postawę outsidera. W jego przypadku nie jest ona bynajmniej artystowską pozą, chimerą ekscentryka; odbija się w niej rozpoznanie własnej kondycji, gotowość podjęcia trudów grząskiego położenia, ale wraz z nimi również przyjęcia  pociech miłości i przeżycia chwil pogodzenia z samym sobą (To drzewo we mnie).   Wyrównana stylistycznie,  przyjazna w odbiorze, poezja Andrzeja Mestwina ma już swój charakter (tudzież charakterek). Powinna teraz robić wszystko, aby powalczyć o uwagę czytelników.                                                                         

Fragment większej całości przeznaczonej do publikacji na łamach Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".

piątek, 24 lutego 2012
Luudziee!

Ludzie! Gdzie byliście, kiedy Artur Grabowski, równo przed tygodniem, na piętrze Dworku Sierakowskich czytał swoje wiersze z zbiorku "Jaśnienie" (Sopot 2011)? Czy pogoda Was zatrzymała, czy imprezowa oferta w ostatni weekend karnawału? Żałujcie! Żałujcie, bo ominęło Was naprawdę ciekawe czytanie i dyskusja, która nie chciała się zakończyć i zamieniłała się już w nocną czytelników rozmowę o sprawach pierwszorzednej wagi. W rozmowę "jak kiedyś" - o tożsamości poezji, o tożsamości kultury. Kto by pomyślał, ze gość wieczoru debiutował w kręgu "bruLionu", pisma deklarującego programową niepowagę i intelektualną nonszalancję. Kolejne etapy jego twórczości prowadziły go coraz dalej od debiutanckiego środowiska. Pozostała w nim jednak zastanawiająca czułość dla chwili obecnej, kondensującej w sobie dawne doświadczenia, spamiętania - i znaczenia, które za sprawą nieopierzonego ducha, nazywanego także Poruszycielem zaczynają się jawić poprzez strofę zapisaną gdzieś nad brzegiem Pacyfiku, na pograniczu Kanady, w Chicago, w Lesku, lub Nowej Hucie.  Po miejscach swoich odkryć i widzeń poeta oprowadzał nas równym krokiem, zatrzymując się to tu, to tam. Pozostwiając na na koniec z wierszami nie przeczytanymi na głos, powierzonymi uwadze czytelnika i jego wewnętrznej ciszy.
I co? Żal Wam? Dobra, nie będę taki. Nagrałem dla Was fragment spotkania.
 

 

  •  Artur Grabowski - strona autorska
wtorek, 21 lutego 2012
Bratnie zbiorki

Łukasz Jarosz: Spoza (Wiersze 1999 – 2010), Galeria Literacka przy GSW BWA i Starostwo Powiatowe w Olkuszu, Olkusz 2011.                    

Łukasz Jarosz: Wolny ogień, WBP i CAK, Poznań 2011.

Dwa zbiorki. Bracia. Spod tej samej ręki, spod tego samego pióra. Lecz każdy trochę inny. Z pozoru podobni, z charakteru nieco odmienni. Zaraz też widać, który starszy – Spoza. Zawarte w nim wiersze torują drogę do miejsc, gdzie Poeta jest w sobie najdalej (Tren). Chociaż poezja Jarosza doskonale opanowała sztukę układania drobin-spostrzeżeń w intrygujące, mozaiki, kadrowania scen i zdarzeń, wyjętych wprost z bezpośredniego doświadczenia (***, będziesz tak odchodzić całe życie…), prawdziwym wyzwaniem dla niej staje się sen albo wizja majacząca na najdalszym horyzoncie lub rozpalona wolnym ogniem całkiem blisko. W samym wnętrzu, pod powieką. W tomie Spoza zaznacza się wyraźnie sytuacyjny konkret,  który prędko, celnie się metaforyzuje.                                                                                                                                                Metafora jest u Jarosza istotnym znakiem ludzkiej kondycji: elementarnie niemożliwej, sprzecznej, rozpiętej pomiędzy porządkiem pozorów, a deziluzją (por. Totentanz). Bohater jego poezji może jednak zaufać wrażeniom zmysłów, ciągle drażnionych nowymi sygnałami (Koniec wakacji) i przez to utrzymującym go w stanie ciągłej baczności. Wtedy  umie pochwycić nawet prawie niedosłyszalny ruch planety (***, większość rzeczy robię machinalnie…). Wówczas może udzielić głosu niemym outsiderom (zob. wiersz Józef) i ma wreszcie odwagę na konfrontację samym sobą. Bynajmniej nie ze wzniosłym „człowiekiem wewnętrznym”; ale z wewnętrznym zwierzęciem lub z wewnętrznym dzieckiem, istotą kłopotliwie obcą, irytującą, mało przewidywalną (Pieśni Północy). Nawet kiedy zmagania z nią ustają, czujemy że to tylko chwilowy rozejm, po którym nastąpi ciąg dalszy. I następuje.
Przynosi go Wolny ogień. Do pewnego momentu równie oniryczno-wizyjny. Jednak konstruując swój świat poeta o wiele częściej stosuje taktykę regresji, cofa się do dziecięcych wspomnień, do początków świadomej pamięci (Składnia), która nawet daleką czarnobylską katastrofę zdoła przetworzyć w element osobistego mitu (Lód), legendy lub baśni. Gdy zaś przemierzy spojrzeniem głębię nasuwających się widzeń przemieszanych z asocjacjami, rychło pojmie, że głębia ta może się okazać przepaścią, otchłanią. Lepszy rezultat poznawczy przynosi (szamańska?) wyprawa na drugą stronę snu, gdzie dane mu po raz kolejny zakosztować obcości, tego co umarło (Napój cienisty). Wszelako najlepszy skutek pociąga za sobą decyzja o zamieszkaniu na wiejskim uboczu, wycofanym z dziejów (Krtań historii); wybór osiadłości w miejscu na zgięciu mapy. W warunkach surowych, stymulujących aktywność uwagi, która pozwoli nawet, aby przez chwilę wypowiedziała się tutaj dyskretna dotąd anima (zob. wiersze: Bezpył , Niepamięć). Taka postawa pomaga myśleć czysto (Spoina), uczy rozpoznawania znaczeń (por. Wielka wiedza). Bo jak się zdaje, nie bohater tych wierszy wybrał swoje siedlisko. Ono, wybrało jego. Jako tego, który potrafi stąd wypatrzyć daleki blask.   Czyżby prześwit  metafizycznego  ładu?                                                                                                                                                                              Poniechajmy rozsądzania, który tomik lepszy aby nie zbłądzić w małostkowość. Oba poetycko tęgie!

piątek, 17 lutego 2012
Notacje. Styczeń 2012

Noworoczny poranek: słońce wychodzące spoza wiślanego wału ubielonego szronem. Ale popołudniowa droga powrotna –  już w deszczu i brudnej wilgoci zapowiadającej powrót do tzw. prawdziwego życia.

 Co robić w czasach, gdy wszystko dokoła zapowiada  spektakularny upadek? Gdy stosunki międzyludzkie trawi erozja? Czasem myślę, że trzeba  zanurzyć się w sztukę po to, aby w jej gorzkich prawdach zmyć z siebie ostatnie złudzenia.

Na wernisażu rzeźby Adama Myjaka spotykam dawno nie widzianych Anię i Jacka. M.  Wyborni partnerzy ważnych rozmów. Przy kieliszku białego wina mówię Jackowi, że w porównań z życiem sztuka wydaje mi się czymś przejrzystym i prostym. Na to Jacek, malarz, nie stropiony bynajmniej, odrzekł, że to normalnie i pogląd taki można wywieść z ontologii: sztuka, powiedział, przedstawia esencję tego, co w życiu rozproszone, ukryte. Podczas gdy w życiu pracują mechanizmy, którym nie umiemy, a nawet nie chcemy, poświęcać uwagi.

 Trzech Króli świętujemy przy choince, z którą nie chcemy się rozstawać. Na wieczornej mszy w kościele - jasełka, gdzie T.  odgrywał rolę grał pastuszka. Z głową spowitą w palestyńską chustę przypominał raczej muzułmańskiego szahida niż betlejemskiego prostaczka.

 Nagłe  wspomnienie: gwiazda betlejemska z bibuły i kartonu. Zrobił mi ją Ojciec, gdy miałem pięć lat. Podświetlało się ją kieszonkową latarką. Świeciła tak samo jak tamta, biblijna. Nagle (jakim cudem?) znowu zapaliła się na moim niebie.

 Justyna Krawiec, poetka-debiutantka, której tomik  („chłód” ) mam  na recenzenckim warsztacie: jestem rysą, przez którą nie możesz się wydostać.

 Poradzisz sobie z nim? –  pytam. On patrzy na mnie, jak gdybym miał na myśli jakieś dzikie zwierzę.

 Egzystencjalna bezradność  niektórych duchownych. Jak gdyby i oni czuli, że nie mogą dalej unieść tego, co nas otoczyło i oblega.

 Do niedawna  wydawało mi się, że przez dwadzieścia lat dokonał się w Polsce jakiś postęp. Teraz widzę, ile wysiłku włożony w tworzenie pozorów nowoczesności, zhumanizowania i demokracji. Gdybyśmy zdecydowali się szczerze urzeczywistniać te wzniosłe idee, bylibyśmy dziś mniej zmęczeni,  a ucywilizowani bez kompleksów i poczucia winy, wmówionego nam przez reprezentantów kulturowej lewicy, pouczających że podstawowy obowiązkiem nowoczesnego Polaka jest wstydzić się za Polskę przed „oświeconą” częścią Europy.

  Od rana zima.  Zupełnie nie brałem pod uwagę, że przyjdzie. A przecież powinienem. Całkiem prosto wynika to z kalendarza. Podobnie może być ze śmiercią. Albo i z końcem świata.

 Poezja jako remedium na rozpełzanie się ledwie co zapamiętanych faktów. Jako szansa na ich trwałe, znaczące poukładanie. Mniejsza, że trochę odbiega ono  od ich pierwotnego porządku, graniczącego często  ze spontanicznym bezładem. Ważniejsze, że ich ponowne zebranie (re-collectio), można jakoś przechować w sobie, a przy odrobinie biegłości – zakomunikować innym.

 Po czterdziestce ciało zaczyna umierać dyskretnie i bez afektowanej elegancji. W ogóle bez jakiejkolwiek elegancji.  Choćbyśmy wydawali majątek na jego zakonserwowanie, niewiele wskóramy. Jest na to, jak się zdaje, jeden tylko  sposób – dojrzeć do tego faktu. Może wtedy uda się jeszcze cokolwiek ocalić,  zintegrować. 

 W środku nocy jak w kopalni lub w lochu. Śnieg za oknem pada ciszej i coraz bardziej ciężko. 

 Mroźne niedzielne południe w N.. Przecinające się smugi po odrzutowcach tworzą nad miasteczkiem trójkąt, przez  który mogłoby spoglądać oko Opatrzności. 

 

Tagi: notacje
08:04, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lutego 2012
Klucz wrzucony do Brdy

Dwa serca złączone. Klucz wrzucony do rzeki.  Kłódka - przypięta do kratownicy kładki przerzuconej przez Brdę opodal bydgoskiej Wyspy Młyńskiej i Opery Nova. Co ciekawe: pośród par deklarujących w ten zabawny sposob, uczucia płomienne a niezmienne,  zauważamy również takie,  które przeżyły ze sobą lat naście, a nawet trzy dekady. Stara miłość, jak można wnosić ze stanu co niektórych kłodek, po wierzchu może rdzewieje, lecz wewnątrz trzyma całą mocą stali. 

piątek, 10 lutego 2012
Ewa Poniznik: Czas teraźniejszy niesumienny, Grupa Plus, Pruszcz Gdański 2011.

Kto, pytam, kto pozwolił debiutantce na redagowanie jej zbiorku? Ktokolwiek to był,  źle uczynił. Edytorska beztroska ujęła tomikowi-arkusikowi Ewy Poniznik sporo wdzięku. Ujęła nawet zwykłej czytelności (przykład: teraźniejszość jest/ oszustwem/ sztucznie krygującym/nasze dłonie). Ochłonąwszy z pierwszej zgrozy, zauważyłem, że główna linia napięć przebiega tu pomiędzy moralnymi zasadami wpojonymi w dzieciństwie, a dorosłym doświadczeniem zła ((nie-)czystość). Wynika ono głównie z przekraczania  norm, łamania konwenansów, naruszania tabu. Wszelakiego rodzaju ekscesy, choć  spojrzawszy obiektywnie trudno byłoby je nazwać szczęśliwymi winami, mają dla lirycznej bohaterki znaczenie inicjacyjne. Pomagają jej poznać jeśli nie świat, to przynajmniej siebie. Nowoczesna pensjonarka i chciałaby,  i się nie boi. Zuchwała jest. Śmiała. Zdecydowana na przygodę. Budzi odruchową sympatię, gdy umie się cieszyć spełnionym kochaniem (nie-codzienność) i szczery żal, kiedy ulega rozpadowi związek ciał nie całkiem obcych. Coraz lepiej rozpoznaje swoją kobiecość. Czerpie z niej siłę do rozważania kwestii naprawdę ryzykownych, takich jak choćby wzajemna relacja erosa i sacrum. Odnoszę jednak wrażenie, że przynajmniej ten ostatni problem chwilowo ją przerasta. Do takiego wniosku prowadzi mnie sposób wysłowienia erotyczno-metafizycznych rozstrzygnięć, pozostający daleko w tyle za zbuntowaną nie na żarty wyobraźnią (por. Maria Magdalena pisze list do domu). Lecz kiedy poetka opiera się pokusie epatowania, wówczas jej mowa uczuć trafia we właściwy ton. Właśnie, wtedy, o dziwo,  dyskurs wiersza nabiera powabnych rumieńców i robi się sexy (por. rzeczy ostateczne). Gry z frazeologią oraz starannie rozwijany koncept (zob. skrawki), bardziej ożywiają opowiedziane tu historie niźli obrazoburcze wyznania. Dalsze losy twórczości Ewy Poniznik zależą także również od tego, czy zechce wzbogacić i odświeżyć zasób słownictwa.                                                                                                                                                       Jej wiersze  tak bardzo chcą być poezją! Często są. Po debiucie powinny być nią znacznie częściej.

wtorek, 07 lutego 2012
Nieskończone dawne lato

Na Zatoce lód. W powietrzu trzaskający mróz. Wielu z ulgą myślalo, że oto zaczyna się weekend i będzie można pozostać w domu. Ale prawdziwi sopocianie calkiem liczną reprezentacją pojawili się w Muzeum Sopotu na wystawie fotografii z  albumów pozostałych po rodzinie Celsa Fabianiego. Od Warszawy, gdzie mieszkała ta nobliwa adwokacka familia, dzieliło wówczas Sopot sześć godzin jazdy koleją (tylko sześć godzin!), dwie przesiadki oraz kontrola graniczna. Lecz w Sopotach, wszyscy, niezależnie od wieku, cieszyli się radościami belle epoque, która na tych fotografiach trwa, trwa i, szczęśliwie dla nas, nie chce się  skończyć.  

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55