Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
piątek, 13 kwietnia 2012
Teresa Radziewicz. Zbiorki siostrzane

Teresa Radziewicz: Sonia zmienia imię, Wydawnictwo „Kwadratura”, Łódź 2011.

Teresa Radziewicz: Samosiejki, GSW BWA w Olkuszu, Olkusz 2011.

I. Poezja polska  miała na imię Marcin. Ma się rozumieć tylko wtedy, gdy była chłopcem. A gdy jest dziewczynką może ma na imię – Sonia? Ale po kolei. Kim właściwie jest Sonia? Dość łatwo zidentyfikować ją jako alter ego autorki lub uosobienie odmienności i na tym poprzestać. Lecz o wiele ciekawsze jest śledzenie przemian, dorastania, kształtowania się głównej bohaterki tego tomu. Wiersze Radziewicz opowiadają nam historię o dojrzewaniu wyobraźni oraz snów. Te ostatnie są o wiele bardziej pojemne i rozległe niż to, co przyzwyczailiśmy się uważać za rzeczywistość. Wprawdzie trudno opuścić ścieżki snu, lecz może nawet nie za bardzo chcielibyśmy z nich schodzić, gdybyśmy wiedzieli, że nie dosięga nas na nich władza czasu i przemijania (zob. tekst „ciemna strona”). Proces kształtowania przyspiesza tutaj także inna siła – szaleństwo. Odmienność tak naturalna, że wydaje się graniczyć nieledwie z mistyką. W takich oto warunkach Sonia, urodzona z najlepszych chwil przezywa swoje niemowlęctwo wykołysane wiosną wypełnioną obietnicami („ten sen”); prędko wyrasta na dziewczynkę-odmieńca, co dziś pozwala sobie na obłęd/ jutro będzie cierpieć dla nikogo/ z nikim podzieli się rozdarciem// dziś tuli się do miejsc/ nasączonych pomarańczą/ z obłędem całuje lód („sonia całuje lód”). Sympatyczniej chyba prezentuje się w swojej młodzieńczości, kiedy uczy się utraty lub doznając zasmucenia, stwierdza: nie da się uciąć smutku […] trzeba go wysmucić do ostatniej kreski („a miał być leczniczy”). Podziwiać ją można niemal dorosłą: samodzielną, aktywną, gwałtowną w mowie i pragnieniach, coraz lepiej przygotowaną na niespodzianki bycia. Wtedy zmienia imię na Sophie łatwo kojarzone z mądrością. Na ile szalona to mądrość – chwilowo możemy się jedynie domyślać. Wiersze Teresy Radziewicz cechuje swoisty urok formy. Nawet najbardziej trzeźwy recenzent ulegnie w końcu jej czarom spowitym w zapach mięty, melisy, szałwii, wzmocniony bezpretensjonalną urodą porównań (moje ulubione: idziemy szarzy jak klisza/na której brakuje zarysowań – z wiersza „ten sen”) albo skromną, ale starannie dobraną paletą barw: fioletem, czerwieniami, purpurą, bielą. Właśnie tyle poetce trzeba, aby opowiedzieć nam Sonię i wszystkie jej sprawy jak ostatni cud świata.

II. W porównaniu z Sonią, Hanna, bohaterka „Samosiejek” jawi się jako jej starsza siostra. Persona stateczna, doskonale już pogodzona z naturalnym biegiem rzeczy. Należycie zadomowiona w ekosystemie rzeczy małych: zbieraczka grzybów ("Szaleństwo”), skrzętna a doświadczona ogrodniczka, pielęgnująca ogród na kształt przyszłego, obiecanego kosmosu („Dynie”). Doskonale świadoma porządku odwiecznych konieczności („Mężczyzna buduje dom”) Kiedy trzeba – dyskretnie milczy. Kiedy musi – mówi językiem bogatym retorycznie, nawet śpiewnym (zob. zwłaszcza: „Pierwsza pieśń Hanny”), acz niezmiennie stabilnym, uspokojonym jakby powstałym specjalnie po to, aby wysłowić nim okolice przycmentarnej kwiaciarni („Wiersz o wracaniu”), lub nawarstwiony osad przemijania („Hanna wyrusza”). Lecz to tylko pozory. Bo prócz dziecka drzemie w niej czarownica, usiłująca z powodzeniem oswoić naturę tak, że ta sam garnie się do człowieka („Żar”), zaś kolejne lipce i marce ostatecznie stają po jej stronie. Łagodna, mieści w sobie obłęd i pragnienie nagłej zmiany („Hanna postanawia działać”). Niechby nawet destrukcyjnej. Lub zdumiewających, nowych, zjawisk, które zaczynają się od środka. Ta właśnie sprzeczność czyni Hannę bytem żywym, wiarygodnym.

III. Komu bliższa wciąż nieobliczalna Sonia? Komu Hanna, której monolog na przemian parzy żarem i mrozi grudniowym śniegiem? Którąkolwiek wybierzemy, powinniśmy pamiętać, że obcowanie z nimi może być tyleż ryzykowne co frapujące

wtorek, 10 kwietnia 2012
Wojciech Kulling, autorytet

 

 

"Dlaczego tak mało osób interesuje się poezją?" - takie pytanie przewidziano jako hasło wywoławcze spotkania autorskiego Wojciecha Kullinga zatytułowanego "Jeden stopień powyżej ciszy" (Sopot, Młody Byron, 04.04.2012). Jakże jednak je stawiać w sali wypełnionej ciasno gromadką młodych, wrażliwych słuchaczy, w dużej części wychowanków poety, który z wielkim zamiłowaniem i takimże powodzeniem belfruje w jednym z gdyńskich liceów. Liczebność audytorium nie unieważniała bynajmniej tego pytania. Wręcz przeciwnie:  stanowiła już coś w rodzaju odpowiedzi.  Bowiem, jak się zdaje, nawet w epoce cyfrowej, są tacy, co szukają kontaktu z żywym człowiekiem, gotowi rozmawiać twarzą w twarz, spotykać się wokoło wiersza. Istotą problemu jest to, że brak osób, które umiałyby potencjalnemu odbiorcy kultury  ukazać sposoby owocnego obcowania z jej wartościowymi przejawami. Innymi słowy - brak autorytetów, liderów, przewodników, animatorów życia umysłowego.
A swoją drogą: ma ten Wojtek podwójny talent: i do pisania wierszy, i do skupiania wokoło siebie pięknie zapowiadających się ludzi.


piątek, 06 kwietnia 2012
Krzyże, kamienie, Pascha

Wielkanoc to święto dla dorosłych. Dla tych, co nie szukają wiary dekoracyjnej albo sentymentalnej. To święto, do którego trzeba dojrzewać co najmniej przez trzy dni świętego Triduum. Często nawet dłużej. Przez wszystkie dźwigane przez nas krzyże, przez wszystkie kamienie odrzucane przez Boga sprzed wejść do naszych grobów. Po to, abyśmy wskrzeszeni powstali; abyśmy ujrzawszy, uwierzyli, że Pascha Pana i nasze kolejne zmartwychwstawania są możliwe - więcej: konieczne. Tylko dzięki nim możemy wzrastać, ku temu, co w górze.  Tej właśnie energii duchowego wzrostu na Wielkanoc 2012  życzę wszystkich swoim Czytelnikom.

(Na fotografii: lapidarium kościoła śś. Piotra i Pawła w Chełmnie nad Wisłą)

wtorek, 03 kwietnia 2012
Notatki kieszonkowe (11).

Demoniczność niektórych iluminacji. Nietzsche, filozof wiedzy radosnej. Swoją książkę o niej pisał w Sils-Maria pod wpływem tajemniczego światła. Być może w tamtym momencie ten, spod którego pióra wyszło słynne zdanie Bóg umarł. nie pamiętał, że Lucyfer, luci-foros, był tym, który ongiś nosił światło przed Panem.

Odkryli, że jest inaczej. Ale po co odkryli? Ku czemu to odkryli?

Odmiany świata. Słychać, jak pracuje ziemia. Jak idzie niebyt.

Wiersze, które są we mnie i nie umieją mnie przekonać, bym je zapisał.

Chodził po swoim życiu jak po urzędzie pełnym ciągle coraz to bardziej dziwacznych zleceń.

Wieczorny przypływ energii. Miał coś takiego mój ojciec. Gdy wracał od różnych prac w polu lub w obejściu, prosił nas, dzieci, żebyśmy z godzinę dali mu odpocząc. Lecz skoro tylko zjadał późny obiad, zaczynałz nami rozmawiać, bawić się. Pytał, co w szkole. Przypominał kogoś, kto się budzi o długim, pokrzepiającym śnie.

Gazety wynoszone na makulaturę po weekendzie albo po świętach. Sąrodzajem klepsydry, nekrologu mijającego czasu.

Momenty, gdy wewnętrzne oko mruży się lub ślepnie.

Kafkowskie lęki. Z samego dna istnienia.

Drzwi podmiejskiej kolejki zamykają się jak zastawki serca. Jesteśmy krwinkami.

Wydarzenie piękna. Bo ono nie trwa. Lecz się wy-darza. Jak pomnożony dar.

Ludzie powodowani strachem lub żądzą. Najbardziej gwałtowni i nieobliczalni są ci, których strach i żądza poruszają jednocześnie.

Przyszłość stała przed nimi potworem.

Nocą słucham audiobooka. "20 000 podmorskiej żeglugi" w trochę już archaicznym tłumaczeniu. Pewnie jeszcze dziewiętnastowiecznym. Acz tak sugestywnym, że nagle wyobrażam sobie, jak "Nautilus" wpływa na Bałtyk, krąży po  Zatoce. Gdyby do tego doszło, chętnie wziąłbym go w leasing.

Policjant z drogówki,  po kontroli alkomatem: "Gratuluję, panie kierowco, jest pan trzeźwy" To tylko pozory, panie sierżancie, tylko pozory.

 

piątek, 30 marca 2012
Anna Dwojnych: gadu gadu, MaMiKo, Nowa Ruda 2011.

Liryczna bohaterka tego tomu dobrze udaje pogubione dziwadło. A swój rozum ma. Nim o czymkolwiek wyrazi swój pogląd, przyjrzy się temu okiem wnikliwym, przymrużonym dla większej uwagi. Wmiesza się w tłum, by poobserwować go z bliska. Wejrzy w uroszczenia albo fantazmaty mieszkańców kultury masowej. Obejmie ścisłym dozorem zjadaczy literackich komunałów (zob. Poetka dziękuje adresatom wierszy).  Potem bez najmniejszego względu złośliwie ich obśmieje. Jaka jest? Kiedy trzeba, aspołecznie ucieka na własną planetę. Bywa jednak czuła, gdy wie, że  przystoi,  na przykład, docenić matczyną, dyskretną, prostą życzliwość (por. Mamie) lub wspomnieć ojca obecnego już tylko na fotografii z odległej epoki (***, tego lata już trochę niewyraźnie ale jeszcze...). Mało zważa na to, co ludzie powiedzą. Mniej jeszcze słucha tych, którzy przekonują że dziewczynki z kotem na ramieniu dawno wyszły z mody, podobnie jak szczęśliwa miłość i ładnie poskładane serwetki (On, ja i cała reszta). Jej świato-ogląd zdejmuje wszelakie kostiumy oraz przebrania, choćby opatrzono je markową metką lub logotypem szczególnie modnym w bieżącym sezonie (MM). Podobnie podejrzliwie potraktuje poetka zjawisko obyczajowego wyzwolenia kobiet. Ironicznie, błyskotliwie dowodzi, że lansowany model  wolności w stylu cosmo & glamour zamyka kobietę w wulgarnych schematach, w znieprawionych dyskursach pełnych pogardliwych podtekstów. Powiada: w czasach, kiedy taksówkarz obiecał mi/ że będzie taniej/ jeśli się spotkamy/ nami kobietom nie wolno/ lubić lodówa ani bananów/ a w szczególności ze śmietaną/ bo większość słów coraz rzadziej kojarzy się/ z czym kojarzyła się dziesięć lat temu (Nam). Nie dziwmy się zatem, że ostoję intymności widzi w obyczajach islamu. Zauważa ponadto, że cywilizacja, gdzie wszystko wolno bynajmniej nie sprzyja duchowym poszukiwaniom. Bo udaje, że nie ma trudnych pytań; w odpowiedzi zaś wytwarza produkty przeznaczone do łatwego użytku, do prędkiego zużycia (www.instant.com).       
„Taka młoda i taka niedzisiejsza…” – westchną niektórzy. Zaraz tam niedzisiejsza! Tylko nieufna wobec wyznawców postępu (21:37). Poza tym – nad wyraz czupurna; z takich, co zakłócają święty spokój rekolekcjonistom tudzież katechetom (por. Behemot obgryza mój zeszyt z historii a salezjanie nie interweniują). Wszędzie widzi problemy. Opowiada o nich szybko, bez ceregieli zmierzając do sedna rzeczy, czyli ku stwierdzeniom, które, unaocznione, wystarczy domknąć krótkim ot co (***, to nie jest kotek…).

Poezja luksusowa. Stać ją na osobność. Stać ją na precyzję wyrazu. 

wtorek, 27 marca 2012
Wiosna archeologów

Fasada muzealnego pawilonu  - widok od  strony ul. Haffnera.

W ciągu ostatnich miesięcy zaciekawiony obserwowałem budowę pawilonu stanowiącego wejście do parku archeologicznego na sopockim grodzisku. Z zewnątrz wygląda obiecująco. Wewnątrz musi jeszcze spełnić swoje obietnice. Ale nawet skromna wystawa "Skarby Wielkopolski" skoncentrowana na cymeliach, chowanych w glinianych garnkach monetach tudzież precjozach, pokazuje, że badacze pradziejów obrali właściwy kierunek i zapewne na prostych rekonstukcjach rzemiósł oraz obyczajów dawnych Pomorzan nie poprzestaną. Czekam teraz na ekspozycję autentycznych znalezisk z sopockiego wzgórza grodowego przechowywanych dotąd w  zbiorach gdańskiego Muzeum Archeologicznego. 

Wzgórze grodowe - widok z pomostu za pawilonem.

piątek, 23 marca 2012
Katarzyna Nazaruk: Żona Beduina, IW „Świadectwo”, Bydgoszcz 2011.

Katarzyna Nazaruk ma wyraźne zadatki na poetkę refleksyjną, lecz upiera się przy poezji konfesyjnej. Żeby przy tym kontrolowała tok swoich wyznań! Ale gdzie tam. Monologuje bez opamiętania. Ubolewa przykładowo nad upadkiem współczesnej cywilizacji: tradycja już dogorywa/ w miejskim upale/ na obfajdanym [sic!] trawniku; kilka wersów wcześniej stwierdza: prostytucja intelektualna panoszy się/ zbyt jaskrawo jej/ z pomadką na ustach/ a złośliwy złodziej czasu/ wrzucając do kontenera szczęśliwe chwile/ poddaje je utylizacji  (z wiersza: Neurotyczne myśli wnuka). Dalej wprowadza nas w smutek egzystencji zmarginalizowanej (podwórkowy bard). Po drodze wymierzy dotkliwą chłostę współczesnemu filisterstwu (Świat według mitomana) i podda surowej krytyce rodzinę tudzież stosunki sąsiedzkie,  oskarżając je o fałsz przechodzący w hipokryzję (Zamyślenie, Skarbonka złudzeń). Wszystko to może słuszne lub przynajmniej godne zastanowienia, zwłaszcza wtedy, gdy do głosu dochodzi skarga kobiety, uciemiężonej obcowaniem z reprezentantem płci przeciwnej, moralnie byle jakim (Mężczyźni; Żona Beduina).                

Słuchając intymnych wyznań cóż słyszę? Zabetonowane usta wrzeszczą/ pijąc zmysły/ zrobisz mi tatuaż na pośladkach/ I love you (…) Spluńmy na bezpruderyjne teorie/ Czytając horoskop śmierci (…) Może jak Antygona/ Umrę młodo/ Tymczasem odbezpiecz swoją broń/ Kaliber seksualności/ Pomoże na szczycie zazgrzytać zębami (Gdzie wzrok nie sięga), itp., itd. Przytoczyłbym jeszcze trochę podobnych wyimków, ale powstrzymuje mnie konfuzja.                                                                                                  

Daleko rozeszły się tutaj ścieżki idei i formy.  Słuszne przemyślenia nie wystarczą. Poezja przekonuje formą. Niczym innym nie potrafi.                                                                                              

Osobny problem wynika z nadużycia metafor dopełniaczowych (por. padlina umysłu; przepuklina portfela, grawitacja przyzwoitości). Może należało zainwestować więcej inwencji  również w inne typy przenośni?                                                                                         

Mimo powyższych  usterek nie spisywałbym Żony Beduina na straty. Coś w tej książce kiełkuje: a to świeże porównanie (Milczące popołudnia/ są jak chore dzieci), a to celniejsza fraza. Miejscami. Nieśmiało. Na tyle, aby budzić nadzieję, że w pisaniu Katarzyny Nazaruk może się jeszcze zdarzyć coś dobrego. Ma, jak wspomniałem, zadatki. Chciałbym, aby umiała  je wytrwale rozwijać.                                                                                                 

wtorek, 20 marca 2012
Zabytek mało widoczny

Od czasu, kiedy z krajobrazu miasta zniknęła sylwetka zbiornika miejskiej gazowni (a zdarzyło się to przed piętnastu z górą laty), w Sopocie raczej niewiele pozostało zabytków dawnej techniki. Ocalał na przykład budynek kryjący w sobie ujęcie wody opodal osiedla Brodwino, w dolinie pełnej źródlisk i strumieni. Wraz z całym ujęciem zbudowano go w latach 1922-1926, o czym przypomina pamiątkowy kamień ze skutym -  dość niesprawiedliwie - niemieckim napisem.  Ową pamiątkę cywilizacji przez większą część roku okrywa listowie pobliskich drzew. Najlepiej ją widać jesienią lub na przedwiośniu.

piątek, 16 marca 2012
Rafał Baron: Listy do nienarodzonego dziecka, Stowarzyszenie Literackie im. K.K. Baczyńskiego, Łódź 2011.

Sporo mamy we współczesnej poezji tekstów traktujących o ojcostwie  widzianym z synowskiej (lub nieporównanie rzadziej – córczynej) perspektywy. Lub trenów po umarłych ojcach. Rafał Baron proponuje czytelnikowi odwrócenie tego porządku, opisując ojcostwo, które narasta, rodzi się znacznie  wcześniej niż potomek. Cechuje je  świadomość najważniejszego obowiązku wobec dziecka, obowiązku polegającego na wprowadzeniu w świat, w  na niewygody oraz trudy człowieczeństwa.  Żyć w świecie, powiada poezja Barona, to stawać się bohaterem powszechnych narracji, przeżywać codziennie swoją genesis  (por., Zmysły, prowadnice), chodzić ścieżkami własnego exodus (Księgi wyjścia). Ojcować zaś – to objaśniać naturę bycia. Coraz mniej jednoznacznego, za sprawą wszechobecnej cyfryzacji, narzucającej własny bezosobowy sposób widzenia, upiorne spojrzenie bez patrzącego, spojrzenie usidlające wszystkich w przypadkowym kadrze monitoringu. Bo jakkolwiek labiryntowe byłyby zaułki miast, prawdziwie głębokie, nieskończone labirynty buduje samo widzenie, mnożąc coraz to nowe powidoki,  odbicia, złudy. Mówi poeta do jeszcze nie-narodzonego: tutaj, po zewnętrznej stronie// istnieje tylko interferencja. Nakładanie się słów i obrazów. I ty jako ich nowa kombinacja. Wśród wszystkiego,/ co zaczepia o ubranie, zostaje we włosach,/ kruszy się/i odpada (Pieśń wnętrza). Słusznie oburzalibyśmy się na przerażająco bezwzględne przedstawianie stanu rzeczy, gdyby nie manifestująca się na tych stronicach solidarność z Innym, z oczekującym dopiero swoich narodzin, bliźnim. Postawa agape oznaczająca zgodę na jego – od początku – osobność wobec rodzicielskich oczekiwań czy projektów. 
Wiersze Rafała Barona stanowią przykład trafnego użycia nader mocnych środków wyrazu. Życzę poecie, aby zaprezentowana w Listach… celność ekspresji nigdy go nie zawodziła.

Fragment większej całości przygotowywanej dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".



wtorek, 13 marca 2012
Anioł Ślązak na Wielki Post 2012

Angelus Silesius (1624-1677)

Cherubiński wędrowiec

[z Księgi pierwszej]


97. Kto z Bogiem zjednoczony/ od wiecznych mąk zbawiony.

Z kim Bóg się zjednoczył/ tego potępić nie może:
Strąciłby z nim siebie w śmierć, gdzie płomień gorze.


165. Gdzie Mądrość rada przebywa.

Mądrość rada przebywa, tam, gdzie są jej dzieci/
Czemuż? (O cudzie!) Sama dzieckiem przecie.

 

(tłum. pwL)


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55