Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
piątek, 18 maja 2012
Witold Sułek: Plantacja, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.

W debiutanckim zbiorze Witolda Sułka nieustannie przejawia się potrzeba poszukiwania,  zapytywania. Jakieś przeczucie podpowiada mówiącemu tutaj „ja”, że na końcu jego najważniejszych pytań oczekuje odpowiedź - tylko trzeba tam dojść. Więc idzie. Zwykle pewnym krokiem. Chyba, że nagle coś każe mu przystanąć wygłosić dłuższy monolog (zrozumiałe – przecież inaczej szybko dostałby zadyszki) lub zboczy z kursu uwiedziony przygodnym obrazem (***, uzależniony od zapasu słodkiej wody…).
Swoje wędrówki bohater wierszy Sułka zaczął już w dzieciństwie. Od razu wyznaczył sobie cel niebotyczny: chciał zbadać drugą stronę ikony (***, moje małe modlitwy były nieco bezczelne i zarozumiałe…). Być może ta daremna próba była początkiem mistycznego przebudzenia a to, co zobaczyć nie mógł, kazało mu istnieć z oczami po wieki otwartymi na realność (Powieki). Widzianą coraz bardziej subiektywnie, a mimo to – coraz bardziej rzeczywistą, bo uwiarygodnioną kolejnymi doświadczeniami i pragnieniami. Prawdziwszą o wsłuchiwanie się w rytm transcendentalnych mikrotonów (Mikrotony); o zamiar odnalezienie najtrafniejszego, najbardziej pełnego sposobu autoekspresji (Frode); wreszcie: o jedyne w swoim rodzaju, najbardziej własne zbawienie (Eschaton).
Żywa poznawczo, poezja debiutanta szuka kontaktu z jakimś „ty”. Bywa przy tym zmysłowa (por. wiersz ***, liżąc twoją skórę…). Ale częściej jeszcze – bardzo czuła, ufna, silna swoją ufnością (Dłonie).  
Poeta ma rzadki dar budowania rozległych przenośni z materiału na pozór wyeksploatowanego, zbanalizowanego (zob. Korytarz ; Korzenie). Zręcznie podejmuje grę z dziecięcą rymowanką (Biedronki). Owszem, przyznaję ma ten tom swoje nierówności, wiersze tracące energię w wielosłowiu, gdy narracja bierze górę nad zdyscyplinowanym, powściągliwym monologiem.
Liryczna plantacja Witolda Sułka ma szansę rozwinąć się bujnie. Lecz dla lepszego owocowania należy ją starannie pielęgnować.  



wtorek, 15 maja 2012
Plac Wałowy

Jeden z moich ulubionych gdańskich zabytków - herb miejski na ścianie szesnastowiecznej Małej Zbrojowni przy placu Wałowym. Wspomniany plac, leży na uboczu, oddalony od głównych tras turystycznych, pomimo rozlicznych, głównie powojennych, dewastacji wydaje się jednym z miejsce, gdzie wspomnienie hanzeatyckiej zasobności miesza się z echami pruskiej melancholii, solidnej jak mury niedalekich koszar lub wejście do okazałego budynku, mieszczącego kiedyś miejski lombard.


22:29, peter1968
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 maja 2012
Artur Tomaszewski: Fragmenty, ćwiczenia, urywki zdań, Wydawnictwo „Bernardinum”, Pelplin 2011.

Fragmenty wrażliwe, mieszczące w sobie przeczucie Całości. Poeta pisze, przywołując bogactwo ujrzanego i zapamiętanego. Patrzy chciwie, zapamiętuje z pietyzmem. Chciałby wszystkiego się napatrzeć, choćby z zza okna, za którym życie przedstawia swój niemy spektakl, pantomimę ulicznego ruchu lub zmiany pejzażu. Teatr rzeczywistości oferuje mu codziennie nowy repertuar/ z tym samym zakończeniem/ bez złudzeń (zob. „za szybą II”). Od czasu do czasu, porzuciwszy bezpieczny dystans, bohater tego tomu wyrusza w podróż do radości lub zadumy. W drodze musi przystanąć, aby otworzywszy notes, nadać swoim wrażeniom formę spontanicznego szkicu (por. ***, kutry właśnie... ), podobnego często łagodnym, nastrojowym etiudom. Niech będzie, że sentymentalnym aż po granice baśni (***, lampka księżyca…). Pozwólmy na to poecie. Bo zaraz potem wnikliwie zagląda pod podszewkę świata, uczy się czystego, acz nieco przerażającego spojrzenia w oko galaktyki (***, z okładki książki...) lub zmienia się w głosy wszystkich ptaków (***, jestem tylko…). Tym sposobem, dociera do swej wewnętrznej prawdy, powraca do początków, tam, gdzie ukrywa się mały chłopiec/ którego sumienie jest jak kartka/ w pustym zeszycie (***, dach nieba…). Jednocześnie liryczne „ja” coraz mocniej uświadamia sobie swoje zmierzchanie (***, ktoś powoli odkręca we mnie…) oraz fakt, że stanowi środkowe, pośrednie ogniwo pomiędzy dwiema generacjami – do jednej przynależy jego ojciec, wciąż, pomimo śmierci obecny pod rozmaitymi postaciami („śniadanie we dwóch”), do drugiej – syn, którego człowiecza natura dopiero się uobecnia („prośba”). . Kreślone na przekór zapomnieniu króciutkie elegie, gnoma, glosy pozostają przyjazne w lekturze, szeroko otwarte na czytelnika, nawet wtedy, gdy cechuje je duży stopień zmetaforyzowania (***, proszę krzycz do mnie). Mam wszakże do autora żal o nadużycie cudzysłowu w zapisie tytułów. Takie rozwiązanie interpunkcyjne stoi w jawnej sprzeczności z nadzwyczaj osobistym charakterem zaprezentowanych tutaj wierszy.  

wtorek, 08 maja 2012
Święty Marcin po roku

Przed rokiem opisywałem Wam rekonstrukcję kościoła pw. św. Marcina w kaszubskich Sierakowicach. Wyłączoną z liturgii świątynię zamieniono na miejsce wystaw i koncertów, zachowując wszakże pamięć jej sakralnej przeszłości. Jej multimedialne wyposażenie świetnie harmonizuje z pamiątkami sprawowanego tutaj nabożeństwa. Więc kościół nadal,  choć już w nieco inny sposób niż poprzednio, służy kulturze duchowej. 
Zapraszam Was do wnętrza. 

 

 

piątek, 04 maja 2012
Paulina Korzeniewska: Usta Vivien Leigh, Bramasole, Rzeszów 2011.

Dla tekstowego „ja” Pauliny Korzeniewskiej poezja jest przestrzenią, gdzie można powiedzieć to, czego boimy się wyznać gdzie indziej, w  inny sposób. Lecz z drugiej strony – skoncentrowani na sposobie wyrazu łatwo możemy stracić z oczu realne doświadczenia, z których buduje opowieść o dorastaniu, o dojrzewaniu do kobiecości, do związku z męskim „ty”,  wreszcie – do macierzyństwa.
Korzeniewska posiadła umiejętność gromadzenia i trafnego prezentowania  znaczeń istotnych dla budowanych przez siebie lirycznych sytuacji. Raz owych znaczeń jest od początku świadoma (zob. wiersz: „From my experience, honey, if he seems to good be true – he probably is”); innym razem jej wiersz, będący koncentracją obrazów, czeka dopiero na wyłożenie, wytłumaczenie jak przychodzący z daleka sen (***, dziewczyna przy barze piłuje papierem...). Gorączkowe poszukiwanie znaczeń przekonuje mnie do wierszy debiutantki od pierwszej ich lektury. Stoi za nimi kawał życia. Dlatego żal mi napotkanej w początkowej części zbiorku miejskiej dziewczynki wtajemniczonej przypadkowo w śmierć widzianą przez mgnienie ale bardzo intensywnie. Dziewczynki znajdującej pocieszenie w rówieśniczej przyjaźni (przyjaciółko), potem wyobcowanej wśród tych, którym esemesy zastępują bajki, baśnie, zwierzenia, marzenia (por. ***, w trzypiętrowej kamienicy w centrum miasta...). Z przeżywanych podówczas ponurych olśnień estetycznych bierze  się  nieufność nadająca tekstom Korzeniewskiej gorzkawy posmak. W nieufności znajduje poetka swój punkt oparcia. Świadomie, z rozmysłem wyznaczony w sporej odległości od zdrowego rozsądku (zob.: Co chciałabym powiedzieć, ale nie będzie okazji). Jej nieufność uzasadnia wszelakie powikłania relacji (czy aby jeszcze miłosnej?) z męskim „ty” (Koloid) – zdecydowanie mniej zdolnym do rozstrzyganiu życiowych starć na własną korzyść (por.: ***, brak mi przy tobie drobnomieszczańskiego wkurwienia...). Macierzyństwo poetycka bohaterka traktuje autoironicznie, jak gdyby próbowała  pokryć niedowierzanie, że oto czas, że oto los zatoczył koło i wczorajsza córka, dziś sama  jest już matką córce (***, pierwsza wybaczam chwiejny krok bo masz...).
Poetka chętnie korzysta z wolności budowania obrazów ekscentrycznych, psychotycznych, prowokacyjnych (Lipiec). Zabieg taki znacznie ożywia jej monologi miejscami melancholijne, miejscami zadziorne, dopuszczające nawet do głosu tęsknotę za domem pełnym szkła i prawdziwej miłości (niedawno zmarli przecierają szlak).
Czy jeszcze zaufa? Komu powierzy swój bagaż rozczarowań i pragnień?

Szczupły zbiorek wcale solidnych wierszy. 



wtorek, 01 maja 2012
Autostopem nad Adriatyk

 

Zajechawszy w ostatnią sobotę na moją uczelnię, zastałem tam widok od którego serce rośnie i słońce jaśniej świeci: rozpostarte szeroko na sporej łączce obozowisko autostopowiczów, a w nim - nastrój wesołych przygotowań do wymarszu na daleki szlak. Metę tegorocznych 15. Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych zlokalizowano na przedmieściach Dubrownika. Mam nadzieję, że wędrowcy z nadbałtyckiej Północy, reprezentujący aż osiem nacji, dotarli tam w równie znakomitych, a może nawet lepszych, nastrojach jak w chwili startu. 




piątek, 27 kwietnia 2012
Inny Mickiewicz, czyli stracona szansa

"My z niego wszyscy" - toż samo co autorze "Pana Tadeusza" mogliby powiedzieć Białorusini o swoim Mickiewiczu, Konstantym (1882-1956), znanym lepiej pod swoim literackim nazwiskiem jako Jakub Kołas. Zasługi dla narodowych literatur mają podobne. Tak więc wystawa upamiętniająca 130 rocznicę urodzin Kołasa  w Gmachu Biblioteki Uniwersytetu Gdańskiego mogłaby stanowić wspaniałą okazję do przybliżenia klasyka literatury białoruskiej. Mogłaby - lecz szansy tej nie wykorzystano. Bo ekspozycja zorganizowana staraniem urzędników konsularnych stanowi przykład kompletnej amatorszczyzny. Fotografie miejsc związanych z pisarzem mają sporo naturalnego wdzięku. Ale zapomniano je podpisać  Ba, nie wiadomo, nawet kto je wykonał. Biogram robi wrażenie przepisanego wprost z encyklopedii. Słowem - nie widać po tej ekspozycji ni wysiłku, ni pomyślunku.                

Coś ty Białorusinom zawinił, Kołasie, że Cię tak marnie sprzedają?

wtorek, 24 kwietnia 2012
Marcin Jurzysta: ciuciubabka, Biblioteka „Arterii”, Łódź 2011.

Chodzi o to, żeby przeszyły cię dreszcze/po plecach przeszły ciarki – pisze poeta mniej więcej w połowie swego debiutanckiego tomu. Dreszcz przeszywa, ciarki przechodzą, co odczytuję jako oznakę, że stoi za tymi wierszami autentyczne przeżycie. – Doświadczenie utraty ojca, z którym synowskie, mówiące tutaj „ja” łączy relacja mityczna, archetypiczna.  Ale żeby debiutować epitafiami? Udaje się to nielicznym – tym, co potrafią dźwignąć żałobny temat, nadając mu czytelną formę, unikając łatwych pocieszeń. Jurzysta do tej mniejszości bez wątpienia należy. Jego rozeznania śmiertelności nie ukoi żadna estetyka, nie osłoni żaden ornament, nie objaśni żadna idea. Umieranie zostało tu zredukowane do nagiego, instytucjonalno-fizjologicznego procesu, zanikania, rozpraszania (por. Szpital wojskowy). Zabawy, gry karciane, mecze koszykówki,  skracają j czas oczekiwania na egzekucję (Rysunek z 1803 roku). Ojciec, w początkowym tekście zachowujący jeszcze ostatnie oznaki  bosko-królewskiego majestatu, siedzący na fotelu/co jest właśnie tronem bez ziemi i bez czasu (Znalazłem twoją koronę), prawie natychmiast zmienia się w łazarza, internowany w coraz bardziej ciasnych wnętrzach. Rozpada się,  poddany coraz bardziej demonicznym rygorom i rytuałom medycyny (***, To naprawdę straszny dwór…) ukrywającym elementarną bezradność wobec śmierci. Wszędobylskiej, wścibskiej. Zostaje ona z żywymi długo po odejściu umarłych. Dekonstruuje ich światoobraz. Każe im oczekiwać na swoją, całkiem bliską, kolej (Piżama). Kiedy ta przyjdzie, włącza ich do gry. Gra nimi na oślep, nie czyniąc różnic (por. Kościół św. Stanisława Biskupa). Ani się spostrzeżemy, jak ci, co zaczęli grać,  są rozgrywani bez szans na dogrywkę. Uniemożliwia ją samo ciało: coraz bardzie obce, budzące wstręt  odbarwieniem i śliską wymową (***, Poczekalnie, w których spotykam…); schładzane stopniowo do temperatury nagrobka (II., Mówię ci d tego kamienia wieje chłodem…) Umiera zresztą wszystko, nawet plastikowi żołnierze dawno polegli/ posłuszni prawom rosnących kości/ w termopilskim wąwozie pomiędzy łóżkiem w szafą (Śmierć żołnierzy) Mól jakiś podstępny niszczy nasze skarby i pamięć, nim wreszcie zgotuje nam apokalipsę.                                Tomik Marcina Jurzysty proponowałbym czytać nie tyle jako ostrzegawczy moralitet, ile jako pamiętnik czasu wesołej śmierci. Terapeutyczny,  nadwrażliwy (zob. Dzieci elfów), wzbogacony dyskretnymi aluzjami literackimi i kulturowymi. To one mają pewien walor konsolacyjny. Jedynie one.

 

piątek, 20 kwietnia 2012
Fryta, cmentarz w miejskim lesie

Krzyż z połowy lat trzydziestych ubiegłego wieku strzeże cmentarza w lesie miejskim na południowy zachód od Nowego nad Wisłą. W chwili, gdy go stawiano, cmentarz już ponad wiek służył wszystkim tym, którym nie mogły udzielić ostatniego schronienia cmentarze w mieście: ofiarom epidemii, wiślanym topielcom, ludziom nieznanego pochodzenia i wyznania, którym nikt nie chciał postawić nagrobka. Choć od dawna nieczynny, wciąż zadbany. W pewien sposób wyznacza granicę miasta, granicę lokalnej pamięci oraz tutejszego klimatu. Bo zza lasu, który go otaczał przychodziły najbardziej gwałtowne i najbardziej malownicze burze.

wtorek, 17 kwietnia 2012
O górach na morzem, a dokładniej - w Dworku Sierakowskich (13.04.2012)
 

Kto by pomyślał, że spotkanie autorskie Michała Jagiełły skupi przede wszystkim miłośników gór oraz piśmiennictwa górskiego. W wyniosłym cieniu Tatr pozostawały wszystkie inne tematy, a chwilami  - nawet same wiersze. Ale nie żałuję. W końcu znad morza trudno wypatrzyć to, co w górach, albo na przedgórzach jest oczywiste lub przynajmniej znane. Zapisane i przeczytane w wierszach, wypowiedziane w rozmowie, która za sprawą autora "Ciała i pamięci" (poeta czytał przede wszystkim wiersze z tego właśnie zbioru) wykroczyła bardzo daleko poza literaturę. 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55