Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
wtorek, 04 września 2012
Czas podziekowań, czas kolejnego początku

Przez sześć lat blogowania dorobiłem się ponad osiemdziesięciu tysięcy wejść. Dziękuję zatem wszystkim, którzy zamykanemu dziś blogowi poświęcili chociażby chwilę uwagi. Teraz następuje czas kolejnego początku. dziś zadebiutowały w sieci "Nowe Litery". Zapraszam moich PT Czytelników pod adres: http://www.nowelitery.blogspot.com


20:28, peter1968
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lipca 2012
We wnętrzu wiersza. Wakacyjna przerwa techniczna.

1. Przez sześć lat zaglądaliśmy do wnętrza wierszy, podając je mniej lub bardziej droboiazgowym rozbiorom. A tak naprawdę wiersz składa się z wikliny. Wierzchnią warstwę plecionki wiązano u góry w stożek; warstwę spodnią kończono rzędem zaostrzonych witek. Całość obciążano kamieniami i w ten sposób powstawał kosz-pułapka na wiślaną rybę. Prosta, pożyteczna, ekologiczna. 

2. Przez sześć lat zagladaliśmy w różne zakamarki literatury oraz kultury. Przyszedł wreszcie czas na wakacyjną "przerwę techniczną". Na szukanie nowych inspiracji i tematów. Spotkamy się we wrześniu. Kto wie - może już na nowym miejscu?  

20:13, peter1968
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 czerwca 2012
Płacz komety w Domu Zarazy - videorelacja
piątek, 15 czerwca 2012
Grajkowie, tancerze

Cztery dni w Moskwie. Oczywiście - w pracy, czyli na negocjowaniu z rosyjskimi partnerami nowego przedsięwzięcia edukacyjnego. Dla odprężenia przechadzałem się po mieście budzącym jednocześnie respekt i zaciekawienie swoimi osobliwościami, takimi jak choćby ćwiczenia paradnej musztry przypominające próbę baletu. 

poniedziałek, 11 czerwca 2012
Joanna Bonarska: zmienność funkcji, Wydawnictwo MYŚLNIK, Gdańsk 2011.

Powstawanie wiersza opisane przez Joannę Bonarską przypomina proces przekładu. Poetka dokonuje bowiem nieustannej zmiany kodów, zmienia funkcję języka, wychodzi daleko poza jego znaczenie komunikacyjne, a nawet estetyczne. Każe mu spełniać zadanie ontologiczne. Bo jeśli wierzyć  wierszom Bonarskiej – uobecnia się nam i jawi tylko to, co uchwyci  – a właściwie wykreuje – język (zob. autokreacja). Podmiot tych wierszy płynnie przekodowuje wrażenia i sygnały wysyłane przez rzeczywistość. Równolegle stara udostępnić czytelnikowi klucz do lirycznego szyfru.  Po sposobie przeprowadzenia tej, prawie matematycznej, operacji czuje się, że poważny udział ma intelekt. Uważny, pełen wyobraźni. Bynajmniej nie oschły. Lecz wciąż trzeźwy (akrecja). Być może dlatego poetka może bezkarnie igrać z rozmaitymi odmianami języka, godzić ze sobą rożne terminologie: techniczno-informatyczną (b.s.o.d.), medyczną (izolatka; refluks), reklamowo-komercyjną.  Skutkiem tego uzyskuje język giętki, poręczny, znakomicie nadający się do analitycznego opisu (analiza zimy) lub relacjonowania przeżyć żeglarskich (regaty). W słowie rozgrywa się u niej teatr międzyludzkich zachowań  (happy hours), ponownie ożywa mit (banalnie letnia historia). Zdefragmentowane spostrzeżenia mają szansę ułożyć się we wzór oddający strukturę świata. Tak potrzebny mówiącej na tych stronicach postaci, nazbyt często rozproszonej, (por. wiersz dysocjacja), świadomej własnego rozwarstwienia (dwubiegunowość), nawiedzanej przez podejrzane nastroje (e.d.c.). Błądzącej w sobie. Poszukującej wyjścia z pułapki temporalnych paradoksów (czas schroedingera).
Ufna w moc języka, z pojedynczymi słowami autorka obchodzi się obcesowo,  prawie „słowobójczo”. Jej retoryczne szarże nie trafiają w pustkę. Chociaż szybciej przekonała mnie monologami bardziej powściągliwymi, celniej  przejęzyczonymi (lunetyczka). Wyjątek zrobiłbym tu może dla ironiczno-metafizycznego tryptyku z Eulalią Kopytko w roli głównej.  
Chciałbym ją spotkać również w kolejnym tomiku.

 

piątek, 08 czerwca 2012
Silos kibica

Są "jaja kibica", jest "jogurt kibica", są "chipsy kibica", ale silos kibica zdecydowanie przebija najbardziej ekscentryczne przejawy narodowej dumy i przywiązania do rodzimych wartości. Ów godzien podziwu obiekt znajduje się opodal przepompowni Kończyce, w okolicach Nowego na Pomorzu. Stoi sobie pośród pól, w gospodarstwie ogrodniczym i jak sądzę, sposób jego usytuowania sprawia, że więcej osób zobaczy go w sieci  niż na żywo.


wtorek, 05 czerwca 2012
1989

Jeden z najważniejszych momentów mojego życia, pełen wydarzeń. Czas który najlepiej wspominać bez kombatanckiej wzniosłości. Ale wzruszenie jest jak najbardziej na miejscu. Bo i jak się  nie wzruszać - wiosną 1989? Na studiach interesowało mnie głównie wino, kobiety i śpiew. Oraz polityka w postaci niekończących się nocnych rozmów i powtarzających się co parę dni manifestacji. Połowa ich uczestników czuła się kandydatami na ministrów, wolnej, ma się rozumieć Polski. Innych zwyczajnie porywał rewolucyjny zapał. Na przełomie maja i czerwca coraz wyraźniej było widać, że za naszymi plecami pewien znany stoczniowiec dogadał się z pewnym znanym generałem, czego demonstranci nie omieszkali mu niekiedy bardzo głośno wypominać. Ale gdyby dziś jeszcze ktoś spytał - czy warto było narażać skórę, a może i własną przyszłość, popatrzyłbym na niego zdziwiony. Co za pytanie? Maloduszne!  "Mądre inaczej"! Wszak człowiek najbardziej wolny jest wtedy, gdy sięga po swoją wolność. Dzięki temu doświadczeniu, dziś łatwiej przychodzi mi rozumieć Wolnych Polaków, którzy często może bez wdzięku zachwycającego wyrafinowanych intelektualistów i medialne autorytety, może zbyt emocjonalni, może gorzko podejrzliwi, upominają się o swobodę głośnego wypowiadania swojej goryczy i podejrzliwości. Wara od nich wszystkim, którzy chcieliby pozamykać im usta. Mówią o swojej nieufności wobec rządzących na mocy tego samego prawa, które ich adwersarzom dozwala wymierzać w nich szyderstwa i kpiny.


P.S. Ciekawe, czy ktokolwiek na powyższej fotografii wypatrzy autora blogu albo  przyszłego wicepremiera RP?

Tagi: 1989 zapiski
20:56, peter1968
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 czerwca 2012
Myśli przy klawiaturze.

Od pięciu lat, zawsze pod koniec maja przychodzi do mnie ta samy myśl - co zrobić z tym blogiem? Założyłem go poniekąd eksperymentalnie; po to właściwie, aby zmusić się do regularnego pisania i publikowania. Pod tym względem blogowanie spełnia rolę nieocenioną. Z czasem jednak blog stał się towarzyszem wielu moich prac i dni. Zresztą - do chwili pierwszego wpisu pracę zmieniłem dwukrotnie. Raz z własnej, drugi raz -  z całkowicie przymuszonej woli. Rozstałem się z wieloma ludźmi, wielu innych poznałem. Wyprowadziłem się z dyrektorskiego pokoiku na gdyńskim Grabówku. Wprowadziłem się do biura dziekana na sopockim Kamionku.W przerwie byłem bardzo zapracowanym kandydatem na bezrobotnego. Wszystkie te odmiany losu stworzyły mi okazję, bym ćwiczył swój charakter pisma. Ale przede wszystkim - obdarowały mnie uwagą moich Czytelników, uwagą autorów oraz zaufaniem tylu autorów którzy przysyłają mi teraz do omówienia swoje książki. I o jednych, i o drugich myślę ze szczerą wdzięcznością.
Zastanawiam się - gdzie moje blogowe pisanie będzie za rok? Czy urwie się nagle, wygaśnie. Czy któregoś dnia znajdziecie tu moje z Wami pożegnanie? A może przeniosę je na inną bardziej przyjazną technicznie platformę? (Przeprowadzam pierwsze próby takiego rozwiązania.)  Wiele zależy tu od Was. Od tego, czy nadal zechcecie poświęcać mi swoją uwagę.
Co mam zatem zrobić z tym blogiem, który mam na myśli? Poradźcie, proszę.

Tagi: zapiski
18:22, peter1968
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 maja 2012
Pozazdrościli warszawiacy Pomorzanom?

Stać Pomorzan na kamienne kręgi, czyli kromlechy, stać i warszawiaków. Jeden taki, całkiem okazały postawili sobie przed Biblioteką Narodową wiosną roku 2000 w ramach propagowania żywej archeologii. Dziś go obszedłem, dokładnie  obejrzałem. Obecności zjawisk paranormalnych nie stwierdziłem. Na razie. Ale może megality, jak drzewa - muszą do swojej mocy dojrzewać przez wieki?

piątek, 25 maja 2012
Aussiedlerblues

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

We wtorek nie zaleźliście tutaj mojego wpisu, bo intensywnie przygotowywałem się do środowego spotykania autorskiego Krzysztofa Marii Załuskiego poświęconego jego prozie Wypędzeni do raju (Aussiedlerblues). Długo nie udawało się nam ustalić żadnego odpowiedniego terminu na jej prezentację. Więc kiedy się znalazł, trzeba było zaprezentować tę książkę tak starannie, jak na to zasłużyła.

Chociaż zdawałoby się  że  traktuje o sprawach zamierzchłych, takich jak wydarzenia „cudownego roku 1989”, gasnącego w późniejszych latach rozczarowań, sposób pisania o aussiedlerskiej rzeczywistości w obozach dla kandydatów na Niemca, bynajmniej się nie zestarzał. A to za sprawą przyjętej przez autora strategii narracyjnej trzymającej się blisko faktów, nieomal dokumentarnej, z wolna nasycanej emocjami.
Aussiedlerzy nie są tu emigrantami wyjeżdżającymi za chlebem ni uchodźcami politycznych. Nie są nawet wysiedleńcami ni wypędzonymi. Są członkami przedziwnego między-narodu, barbarzyńcami, co wtargnęli do wypielęgnowanego ogrodu południowych Niemiec. Zmierzają do niemieckości drogą wątpliwą moralnie – poprzez zaparcie się swojej polskiej, rumuńskiej, rosyjskiej, tożsamości. Wraz z nią wyrzekają się swojej biografii w dawnych ojczyznach, uznanych przez nich za niebyłe, nigdy nie istniejące. Ich „uniemcowienie” jest zaledwie faktem paszportowym. mało ma wspólnego z solidną germanizacją.       Od Niemców z Reichu dzieli ich właściwie wszystko: obyczaje, zachowania, mowa, mentalność, wygląd, wreszcie skrywany kompleks nieprawego pochodzenia (narodowego). Może dlatego są postaciami upiornie groteskowymi. Albo na odwrót – odpychająco przebiegłymi.

W wirtemberskim Heimie wraz z nimi mieszkają wszystkie patologie Europy Wschodniej. Mieszka pijaństwo, chciwość, brzydota. Duch kolektywny tego miejsca wyraża się przede wszystkim w tendencji do uspołecznienia wszystkiego co w założeniu stanowi własność prywatną. Pisze Załuski: wspólne stają się nie tylko łyżki, noże i widelce, sprzęt grający, gazety, filmy wideo, płyty, kuchenki elektryczne i grill, lecz także długopisy, koperty, papier toaletowy, ręczniki, dezodoranty i mydło. Wspólne stają się wspomnienia i pomysły na przyszłość; wspólne picie wódki i wspólne, nie zawsze wspólnie kupowane, jedzenie. I tylko żony, szczoteczki do zębów, i samochody nie są wspólne. Mieszkańcy kołchozu z widokiem na Alpy wytworzyli nawet osobny, mieszany dialekt, który tyleż ich integruje, co izoluje od zewnętrznej rzeczywistości. Autor zrywa z męczeńsko-pielgrzymim stereotypem wychodźcy, pokazując nam nie tyle ofiary dziejowej niesprawiedliwości, ile postaci dla których szok cywilizacyjny okazuje się najtrudniejszą do pokonania granicą. Próba jej przekroczenia nader często kończy się porażką – wykolejeniem, zamknięciem w getcie, szaleństwem.

Im dalej w tekst, tym częściej eseista, piszący w imię własnej aspołecznej prawdy, bierze tu górę nad reporterem, dokumentalistą, świadkiem. Mówi wówczas językiem rozdrażnionym, nerwowym, jadowicie ironizuje.

To książka bezceremonialna,  przypominająca, że tak jak dwie dekady temu tak i obecnie, pomimo globalizacji, historia świata, wbrew efektownym prognozom publicystów o jej końcu, toczy się dalej i nie wiadomo, dokąd może nas za sobą pociągnąć.

Krzysztof Maria Załuski: Wypędzeni do raju (Aussiedlerblues), Maszoperia Literacka, Gdańsk 2010. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55