Literatura, sztuka, recenzje, refleksje, spostrzeżenia. Redaguje PiotrWiktor przy pomocy Madeleine i Infanta.
Gazetaliteracka.pl
wtorek, 09 lutego 2010
"Przedwiośnie" - wersja pomorska.
W cieniu rocznicy bitwy warszawskiej pozostaje inne, istotne dla Pomorzan wydarzenie - przyłączenie do Polski terenów byłych Prus Zachodnich. Zdarzenie mało znane, nie zawsze jednoznaczne.
Z całą pewnością dokonało się w sposób najzupełniej prawomocny, na podstawie traktatu wersalskiego i porozumienia w Berlinie (1919). Dostęp do morza należał do priorytetów polskiej dyplomacji. Istotną rolę odgrywała także propolska opcja znacznej części mieszkańców regionu, niechętnych  forsownej polityce germanizacyjnej prowadzonej na przełomie stuleci, popierającej ruch narodowy.
Zimą 1920 polska administracja przejmowała tereny nie dotknięte bezpośrednio działaniami wojennymi. Zamieszkiwała je społeczność zorganizowana na wzór niemiecki, skupioną w licznych stowarzyszeniach oświatowych, gospodarczych, zawodowych, sportowych, religijnych, o dużej świadomości obywatelskiej, niemal bez analfabetyzmu. W miastach lub miasteczkach - zamożne albo średniozamożne. Na wsi zwłaszcza kaszubskiej czy borowej - nieco uboższe.  Było to jednak społeczeństwo wielonarodowe i wielowyznaniowe. Ze specyficznymi układami sympatii politycznych, reprezentowanymi na przykład przez silnie proniemieckich Żydów. Narodową różnorodność w tym akurat okresie historycznym trudno uznać za bogactwo. Była, co pokazały kolejne dekady,  zarzewiem konfliktów.
Losów regionu pod polską administracją wojskową, a potem  cywilną, w pierwszych latach jej urzędowania nie nazwałbym pomyślnymi, źródła wyraźnie sugerują, że przyniosła tu ze sobą obyczaje kolonialnych zdobywców. Ludność napływowa z kłopotami przystosowywała się do panujących tu standardów kulturowych, zwłaszcza jeśli idzie o poszanowanie własności i  prawa. Integrację przyspieszyło jednak postanowienie o budowie gdyńskiego portu oraz inne, fortunnie zaprojektowane inwestycje II Rzeczypospolitej, sprawiające, że Pomorze, zachowując odrębność, zajęło w strukturze  odrodzonego państwa niepoślednie miejsce.  A że wspomina się je z mniejszym niż np. Kresy sentymentem? To już całkiem inna historia. Podobnie jak bezwstydny polski rabunek tutejszych dóbr cywilizacji po kolejnej wojnie.



Tablica upamiętniająca 90. rocznicę przyłączenia do Polski  ziemi nowskiej.
Nowe nad Wisłą.



Tagi: Pomorze 1920
11:16, peter1968 , notes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2010
Robert Rybicki: Stos gitar, Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2009.

Czy frenezja pomieszana z czarną groteską  nadobficie obecną w nowym tomiku Roberta Rybickiego nie zmierzają  do oswojenia wstrętu, do włączenia go w porządek dających się nazwać wewnętrznych doświadczeń? Przecież żadną miarą nie podejrzewam autora o chęć efekciarskiego epatowania dziwactwem lub horrorem. Ani pustą wulgarnością paru sformułowań. Nie o to idzie żadnemu szanującemu się poecie.
Stwierdzić jednak wypada, że przedstawiona w „Stosie gitar” rzeczywistość jawi się jako wyjątkowo nieapetyczna, chora na zanik połączeń między odrębnie percypowanymi elementami. Trudno pozszywać ją nicią języka.  Lecz jakaż miałaby być, skoro, jak wyczytujemy z tych wierszy, wszyscyśmy z mięsa,  mięsnym, zdehumanizowanym, losom przeznaczeni? I tylko przypadek decyduje o skazaniu nas na przemielenie lub na procesy gnilne. Chwilowo, jedynie dla niepoznaki, mięso, przyodziawszy się po ludzku, z braku lepszego zajęcia udaje świadome egzystowanie (por. wiersz „Wytrzymałość”). Niekiedy chciałoby nawet zyskać jakąś orientację w otaczającym, posiekanym na wrażenia, świecie, związać stabilną strukturę przy pomocy najprostszych konstrukcji i operacji: naiwnych oznajmień, wyliczanek przypadkowych przedmiotów (zob. „To jest stół. Lekcja”), albo ciągów twierdzeń: Życie jest składową śmierci.// Śmierć jest składową nieskończoności, również w jej matematycznym/wymiarze. Lęk jest niedoznanym. Zrzucam ubranie i myślę/piszczelem.(„Aby”). Takie komunikaty usytuowane już na pograniczu poetyckości zwodzą czytelnika w zaułki labiryntów (por. „Kubek”), gubią go pośród nakładających się wzajemnie konceptów. Trochę nazbyt często – niechże mi poeta wybaczy – zaciera tu się również granica pomiędzy ekstatycznym wyznaniem a wielosłowiem.
Bezspornie imponuje Rybicki wyobraźnią, nieledwie dantejską. Za jej sprawą do ostatniego wersu zatrzymuje naszą uwagę przy antyutopijnym poemacie-noweli „Maszyny na parkiecie”. Kiedy zaś ją zaprawi  ironicznym humorem (przepyszny „Odlot”), całość robi się odrobinę bardziej strawna. Pod koniec łagodnieje. Lecz kolejny zbiorek Rybickiego zdecydowanie polecałbym czytelnikowi o mocnych nerwach tudzież żołądku.

wtorek, 02 lutego 2010
Audiokultura 02022010. Przegląd prasy literackiej: "Gazeta Kulturalna" 01/2010
  • Głosy publicystów, artykuły badaczy na łamach "Gazety".
  • Strona redakcyjna, zawartość numeru do pobrania: link

piątek, 29 stycznia 2010
Kazimierz Nowosielski: "Czytać i pytać".

Zobowiązanie do uważnej lektury zdaje się iść zarówno od powierzonej ludzkiej trosce świata-zdania, jak i od komunikowanej człowiekowi od drugiego człowieka prawdy o jego istotowej niegotowości, o jego problemach i tęsknotach za pełnią, zaś kultura w swych najistotniejszych przejawach – to odpowiedź na nie. – Tak brzmi jedno z najważniejszych założeń metodologicznych zawartych w eseju otwierającym tom „Czytać i pytać”.  Założeniu temu pozostaje interpretator wierny niezależnie od tego, czy zajmuje go sonet Staffa („Gnój”) czy oktostych Iwaszkiewicza („Ogrodniczki”), czy różewiczowski wolny wiersz („Już czas wracać”), czy rozkwitanie metafor u Przybosia, czy też – by tylko na tych przykładach poprzestać – niestabilność obrazowania w „Bramach Arsenału” Czesława Miłosza. Swoje zobowiązanie traktuje Nowosielski bardzo poważnie, zgodnie z wpisanym w jego eseje poglądem, że lektura wiersza jest – lub być może – wstępem do czytania bytu. Pochylił się (to jedno z ulubionych sformułowań badacza) nad tekstami oraz autorami przykurzonymi pyłem szkolarskiej kredy, w większości uważanymi za klasyczne, i ze względu na ich sklasycyzowanie, dość mocno spetryfikowanymi. Wyzwolił je z mocy komunału, wprawił w ruch, przydał im dynamiki, pokazując, że wiersz znaczy na wszystkich poziomach tekstowości. Tak więc niechże PT Czytelnik nabierze ducha i więcej niż dotąd poświęci uwagi np. akapitom traktującym o składni, wersyfikacji i fonetycznym kształcie wiersza, wyłożonym na świetnie dobranych przykładach i w sposób najprzystępniejszy z możliwych, nawet dla tych, którym poskąpiono muzycznego słuchu.
Nowosielski stworzył antologię odczytań zgodnych z regułami wytrwale ćwiczonej sprawności, zmierzającej do zbudowania wiarygodnego modelu lekturowego, prowadzącego w głąb znaczeń; czasem z całym rozmysłem uwydatnia pomijany w pobieżnym czytaniu sens pojedynczego słowa (por. analizę semantyczną  rzeczownika wzruszenie ze s. 137), zmieniający kierunek interpretacji. Konteksty biograficzne i historyczne przywołuje tam, gdzie wspierają one całościowy odbiór tekstu – jak w przypadku „Biesa” Mieczysława Jastruna. Natomiast szkic poświęcony erotykowi Jana Bolesława Ożoga „Od Bożego Ciała” wyjątkowo ciekawie objaśnia osadzenie go w porządku antropologii mityczno-ludowej.
  Dysponując subtelnymi, wyspecjalizowanymi narzędziami wie badacz, że nie wszystko da się nimi opisać i zmierzyć. Że sprzeczności, niedopowiedzenia  ograniczają zasięg jego hipotez i działań. Dlatego niekiedy wyznaje swoją bezradność, mówi: „nie wiem”, dbały o uczciwość względem wszystkich stron interpretacyjnego dialogu.
Walory tej książki sprawiają, że należy ją rekomendować wszelakich specjalności neofilologom tudzież kandydatom na poetów i recenzentów. Obowiązkowo powinni wczytać się weń również wszyscy, którym marzy się twórcze polonistyczne belfrowanie.

Kazimierz Nowosielski: Czytać i pytać. Analizy oraz interpretacje dwudziestowiecznej poezji polskiej,  Polnord Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 2009.

Fragment większej całości przeznaczonej do druku w Dwumiesięczniku Literackim „Topos” .

wtorek, 26 stycznia 2010
Znowu wśród megalitów

Kiedyś dotarła do mnie informacja, że na megalitach w Węsiorach nie utrzymuje się śnieg, gdyż promieniująca tam ziemska energia powodować ma jego szybkie topnienie. Dwa tygodnie temu postanowiłem naocznie zbadać, czy jest tak naprawdę. Krótki raport z mojej wyprawy znajdziecie w zamieszczonym poniżej filmiku.  

piątek, 22 stycznia 2010
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: Ostateczny smak truskawek, Instytut Mikołowski, Mikołów 2009.

Taktyka poetycka Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej polega na redukowaniu kontekstów sytuacyjnych i jaskrawym naświetlaniu detali. Drastycznych, bezlitosnych, bluźnierczych, wywołujących szok. W nowym tomie poetka z całą premedytacją doprowadziła swą, skądinąd bardzo skuteczną, taktykę do krańcowości. Dlatego podczas lektury podziw dla brawurowego monologu miesza się z przerażeniem, które budzi wykreowany przez nią świat. Stworzony z najbardziej traumatycznych obserwacji i doświadczeń, chory na wszechobecność zła, najbardziej zuchwałego, destrukcyjnego w sferze relacji międzyludzkich.
Zaludniają go postacie zdegradowane przez nałóg (zob. „***, to nie jest film…”), zagrożone chorobami („***,  panie Parkinson…”), porzucone („***, Bóg/ z tobą// pije/ zielony absynt…”); idą przez nie na wpół obłąkane, okaleczone istoty po-ludzkie, brnąc w okropnościach, wydzielinach, resztkach. Brak tu miłosierdzia, wybaczenia. Za okrucieństwo do końca płaci się okrucieństwem. Gorycz konania poi się kroplą octu („***, od dworca//prosto…”). Szyderstwo bierze odwet za dawne upokorzenia (***, muszla perłowa…).  
Mówi poprzez te teksty ból kobiecości, przede wszystkim fizjologiczny, opowiedziany bez eufemizmów czy upiększeń (por. „***, boli cię/ lewy jajnik…”). Potęguje go cierpienie emocjonalne: lęki, trwogi, zawiedzione nadzieje kochania („***, nawet/ci się nie śniło…”), wreszcie smutek przemijania („***, wydalasz/ w hotelowej łazience...). To bardzo niemiłosne wiersze. Ich bohaterem negatywnym pozostaje mężczyzna, brutalny, egoistyczny, pozbawiony empatii. Bezrefleksyjny w zaspokajaniu instynktów lub żałośnie upodlony („***, nakryłam cię/ czerwonym polarem…”). Prawdziwa czułość cechuje jedynie akt homoseksualny (***, wozy cyrkowe// w okienkach/firanki…).
Jakubowska-Fijałkowska nigdy nie była pokorna wobec układnych dykcji i standardowych poetyk; pisze niejako w ślad za spostrzeżeniem, doznaniem. Z samej ich bezpośredniości wynika ogołocony, rzeczowy, odważny, momentami ekstremalny styl. Dlatego „Ostateczny smak truskawek”, pomimo bezdyskusyjnych walorów, nie każdemu podniebieniu posłuży.

wtorek, 19 stycznia 2010
Wojciech Kass w "Spółdzielni Literackiej" (15.01.2010.).


Wiersze z kolejnych tomików Wojciecha Kassa rozgrywają się w przestrzeni pomiędzy Sopotem dzieciństwa a mazurskim Praniem wieku męskiego. Wypełnia ją śnienie, wspomnienia, mimowolne spostrzeżenia, przygodne zdarzenia lub rozmowy. Liryczne i metafizyczne jednocześnie. Dlatego ta poezja szeroko otwiera się na każdego, kto zechce wziąć do ręki zbiór dawniejszy lub nowszy (ostatni: "Wiry i sny", 2008). Albo na tego, kto wykorzystując sposobną chwilę, przysłucha się jej w charakterystycznym autorskim wykonaniu.  Dlatego, jeżeli będziecie mieli okazję udziału w spotkaniu takim, jakie ubiegłego piątku miało miejsce w "Spółdzielni Literackiej", nie wahajcie się długo, tylko zarezerwujcie w swoim terminarzu godzinkę, najlepiej zaś dwie.  Aby Was do tego zachęcić, zamieszczam poniżej krótki zapis prezentacji wybranych tekstów.

07:42, peter1968
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010
Krzysztof Ćwikliński: Książę poetów żegna ukochane miasto.

Nie każdy weźmie lutnię po Bekwarku. Ani po romantykach, skamandrytach, Staffie,  Herbercie. Trzeba na to talentu tej miary, jaką reprezentuje Krzysztof Ćwikliński w wierszach pisanych przez lat ponad dwadzieścia (1982–2006). Tylko z pozoru imitacyjnych. Przywiązanie do klasycznych strof, upodobanie do regularności, ścisły porządek formy świadczą raczej o tym, że tradycjonalizm nie jest dla poety li tylko ornamentem,  lecz niezbywalną częścią światopoglądu, jego podstawą, fundamentem. Bo w ten sposób manifestuje się przywiązanie do prawd wiecznych, do niezmiennych dylematów istnienia. Poezja zaś, z miłości wzięta, staje się sztuką znajdowania słów właściwych i jasnych (por. wiersz „Umiałbym”), które potrafią żywych poić nadzieją a umarłych budzić, słów mocnych, sprawczych.    
  Ćwikliński stawia pytanie o realność doznań, przeżyć, z zasady chwilowych, ulotnych (zob. „Stary wiersz”), marnych jak strzępy sznurka i trociny/W opuszczonym mieszkaniu („Dni nasze”). Wypowiada strach przed semantyczną pustką, przed erozją znaczeń porządkujących życiową narrację, krystalizujących przygodne wrażenia w przejrzyste struktury sensu („Znak”). Jego liryczne „ja” umieszczone w smudze cienia musi się zmagać z aporią. Postawione w sytuacji wyboru, opowiada się przeciwko doczesnemu świadectwu zmysłów, natomiast – za cienistą tajemnicą Nieskończonego. Niedaleko jej szuka i całkiem blisko znajduje: ukrytą w sobie samym, w najgłębszych warstwach duszy, funkcjonujących już bez języka, bez pojęć, w miejscu, gdzie wszystko ma swoje schronienie/ Przed kłamstwem. Tam zaglądać obawia się zło. Tam ból nie sięga, rozpacz i upokorzenie („Dno”). W tym sanktuarium egzystencji mieszka czysty byt. Jego objawienie nobilituje, uszlachetnia. Napełnia pokojem opanowania. Uczy umiaru. Wygasza zbędne emocje. Pokazuje, jak z niezmąconą, acz chłodną pogodą przyjmować porządek rzeczy (zob. wiersz tytułowy). Poezja Ćwiklińskiego daje nam lekcję arystokratycznej, iście książęcej powściągliwości. Uwodzi przy tym staroświecką odrobinę, melancholijną urodą, kunsztowną stroficznością (przerzutnie!) oraz asonansem, na tych stronicach świetniejszym nawet, bardziej odkrywczym, niźli pewna część rymów.

(Krzysztof Ćwikliński: Książę poetów żegna ukochane miasto,   Wydawnictwo Forma, Stowarzyszenie OFFicyna, Szczecin, Bezrzecze 2009.)

wtorek, 12 stycznia 2010
Dawid Majer w Café Szafa (08.01.2010).

Gdańską Café Szafa opuszczałem poirytowany, z poczuciem porażki.  Przyczyną tego nie był poziom wierszy z debiutanckiego zbioru „ Księga grawitacji”, ani nawet sposób ich prezentowania. Prowadzący spotkanie Sławomir Matusz oraz sam poeta zrobili wszystko, a nawet znacznie więcej, aby wiązana mowa  zaistniała w kawiarnianej przestrzeni. Znaczna jednak część zgromadzonej publiczności, za nic miała sobie ich wysiłki. Odsłoniła tym samym przypadkowość, charakterystyczną dla nastroju piątkowo-wieczornych rajdów po pubach.  Chyba tego dnia i o tej porze poezja nie była jej do niczego potrzebna. Smutno było na to patrzeć, a smutniej jeszcze się temu przysłuchiwać. Współczuję Majerowi, współczuję moderatorowi spotkania oraz tym wszystkim, którzy pojawili się w "Szafie" w trochę innym celu niż hałasowanie, picie piwa tudzież zadymianie otoczenia papierosami. Organizatorów „szafowych” imprez czeka jeszcze sporo pracy nad wyedukowaniem adresata kulturalnych, bądź, co bądź, działań.

piątek, 08 stycznia 2010
Arkadiusz Frania: Lipton Story, Esencje krytyczne o sztuce pisarskiej Jacka Durskiego, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2009.

W zbiorze szkiców poświęconych twórczości autora „Okien” Arkadiusz Frania godzi ze sobą psychologizm oraz hermeneutyczną postawę wobec tekstów. Fortunnie, z dużym pożytkiem dla każdego czytelnika ciekawego odczytania prozy Durskiego. Jego lektura okazała się bardzo subiektywna, zainspirowana osobistymi fascynacjami, poparta wszakże rzetelnym studiowaniem rozmaitych, czasem całkiem ulotnych, trudno dostępnych źródeł: recenzji, rozmów, wywiadów, maszynopisów, korespondencji e-mailowej.
Przedmiotem dociekań Frani jest, jak deklaruje, cały Durski.  Raz obranego celu tego z oczu nie traci. Niezależnie od tego, czy zastosuje szeroki kąt analitycznego zbliżenia, czy roztacza rozległą, erudycyjną perspektywę,  tworzy przekonujący obraz badawczy, który z czasem pozwala się potraktować  jako skuteczna „instrukcja obsługi” dzieła Durskiego.
Sympatia dla pisarza idzie u niego w parze z empatią dla jego dorobku i osoby oraz dla metody twórczej: graniczącego z obłędem rozkołysania świadomości emanującej wizyjno-narracyjną materię, która później podlega cierpliwej obróbce. Unaoczniając powstawanie tekstu, Arkadiusz Frania, badacz w każdym zdaniu przytomny i trzeźwy, nie wciąga tworzącego podmiotu w głąb naukowo zracjonalizowanej rzeczywistości. Nie redukuje go, pozwala mu pozostać tam, gdzie jest – zawieszony pomiędzy transgresją i ekspresją. Zauważa jednak, że dla Durskiego Tworzenie to zona etyczna, cierpki dokument bytowania między zacnością i podłością, mówieniem wprost a aluzją, między doświadczeniem alienacji a utopią (?) szczęśliwej egzystencji w słowie […] (s.70).  
Destylując esencje krytyczne, interpretator pamięta o wszystkich istotnych wątkach przewijających się przez dzieło Jacka Durskiego. Pisze o biografii, skupiony –nie bez racji! – na mitologiach dzieciństwa oraz dorastania, religijności, zmysłowości postrzegania, konfesyjności i erotyce. Nawet o herbatoholizmie, któremu książka zawdzięcza tytuł. 
Do bardziej dyskusyjnych fragmentów tej książki należą konteksty porównawcze (przykłady: „Wielka Księga Wróżb”, „Psychopatologia” Roberta Meyera, poezje Andrzeja Bursy, Teresy Wrodyckiej, Wiliama Blake’a, Leopolda Staffa, You Dongju). Przywoływane dość eklektycznie według klucza znanego tylko badaczowi, trochę pod dyktando skojarzeń i wyczucia oraz gustów. Lecz już wskazanie na schulzowskie ślady w prozie twórcy „Mariackiej” podnosi wartość poznawczą tych rozważań, stopniowo przejmujących od Durskiego żywy rytm i emocjonalną temperaturę. Pewnie dlatego dobrze się je czyta.  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34