|
Blog > Komentarze do wpisu
Luudziee!
Ludzie! Gdzie byliście, kiedy Artur Grabowski, równo przed tygodniem, na piętrze Dworku Sierakowskich czytał swoje wiersze z zbiorku "Jaśnienie" (Sopot 2011)? Czy pogoda Was zatrzymała, czy imprezowa oferta w ostatni weekend karnawału? Żałujcie! Żałujcie, bo ominęło Was naprawdę ciekawe czytanie i dyskusja, która nie chciała się zakończyć i zamieniłała się już w nocną czytelników rozmowę o sprawach pierwszorzednej wagi. W rozmowę "jak kiedyś" - o tożsamości poezji, o tożsamości kultury. Kto by pomyślał, ze gość wieczoru debiutował w kręgu "bruLionu", pisma deklarującego programową niepowagę i intelektualną nonszalancję. Kolejne etapy jego twórczości prowadziły go coraz dalej od debiutanckiego środowiska. Pozostała w nim jednak zastanawiająca czułość dla chwili obecnej, kondensującej w sobie dawne doświadczenia, spamiętania - i znaczenia, które za sprawą nieopierzonego ducha, nazywanego także Poruszycielem zaczynają się jawić poprzez strofę zapisaną gdzieś nad brzegiem Pacyfiku, na pograniczu Kanady, w Chicago, w Lesku, lub Nowej Hucie. Po miejscach swoich odkryć i widzeń poeta oprowadzał nas równym krokiem, zatrzymując się to tu, to tam. Pozostwiając na na koniec z wierszami nie przeczytanymi na głos, powierzonymi uwadze czytelnika i jego wewnętrznej ciszy.
piątek, 24 lutego 2012, peter1968
|