Teresa Ferenc: Ogniopis, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2009.
Kiedy sięgamy po ponaddwustustronicowy wybór poezji Teresy Ferenc „Ogniopis", natychmiast czujemy respekt dla wagi przeżywanego czasu, owocnego mądrością, której ta książka świadczy. Pewną część włączonych do niego tekstów znajdziemy już w „Wierszach wybranych” z roku 1984, książce praktycznie dziś już niedostępnej, gdzie uwzględniono całkiem sporo utworów wczesnych. Oczywiście nie mam żalu, że chociaż ilościowo proporcjonalny, zaktualizowany, autorski dobór, zdaje się, zresztą całkiem słusznie, akcentować rangę wierszy chronologicznie bliższych. Poetka ma przecież za sobą kolejne, bogate twórczymi doświadczeniami dekady.
Poezja autorki „Zalążni” od zawsze schodziła w głąb życia, do jego naturalnych fundamentów. Badała potencjały natury, wszystkie jej możliwości. Dosyć łatwo, jak można sądzić, zaakceptowała pogląd, że człowiek jest natury częścią, manifestacją jej możliwości. Zwłaszcza człowiek w swej żeńskiej odmianie, stworzony tyleż do rodzenia, co do ekstazy, do pierwotnej, elementarnej dzikości, przejawiającej się w tańcu, w miłosnym pragnieniu („Dwa razy jedno”) i w narastaniu drzewnych słoi. Wszechobecność natury kształtuje tutaj epistemologię („Zamknięte strony”). Z jej siły wyrasta dom, który się wysiewa, ale żyje jedynie za sprawą człowieka: czerpie twój oddech/ twój węgiel/ twój tlen na rozpałkę (wiersz: „Wygasłe oddechy ścian”). Naturze również przypisała poetka osobną godność etyczną. A do czasu, gdy dał się w niej rozpoznać Bóg, uważała ją również za źródło porządku moralnego. Dopiero potem uobecnił się w niej Bóg, który, jak się niegdyś zdawało, najpierw był zajęty/ a potem/ nie zdążył zmartwychwstać. Zatem, podobnie jak pomordowanych bliskich, trzeba go było odbudować, a może nawet skonstruować na nowo, siłą wiary, która wpierw samodzielnie musiała znaleźć wierzącego. Wiara początkowo bierze się tu z samego, być może na poły tylko uświadomionego, pragnienia wiary. Wiara szuka wierzącego we dnie i w nocy:
Przyjmowałam wiarę
przez sen jak przez szybę
z pierścieniem, którym mnie obdarowano
Klęcząc – sumą złocistego śniegu
po lewej ręce miałam niedowiarka
po prawej kapłana z czapką niewidką
A w szlachetnym pierścieniu
kamieniała
moja nowa wiara.
(„Sen”)
Wiersze opublikowane w latach 1975–1980 stanowią zapis krytycznego okresu rozwoju egzystencjalnego i duchowego poetyckiego „ja” Teresy Ferenc. Dobrze, że w „Ogniopisie” reprezentowane są tak licznie. Także dlatego, że stanowią klucz do odczytania religijności poetki. Początkowo właściwie mało konfesyjnej, oczekującej dookreślenia (z czasem nawiązania maryjne i franciszkańskie zbliżą ją do tradycji katolickiej). Wszakże już gotową na osobowego Boga obu Testamentów, uznającą postawę modlitwy za najwłaściwszą odpowiedź na zło (por. „Cielę ciemności”).
Ustalony idiom jej wierszy w ciągu lat pięćdziesięciu niewiele się zmienił, dzięki czemu teksty wczesne robią wrażenie równie doskonałych warsztatowo, jak te ze zbiorów najświeższych. Nie będzie tutaj chyba przesadą mówienie o organiczności poetyki, jej wyrastania niejako z wnętrza obrazu, z samego rdzenia metafory, w czym przypomina rozrastanie się drzewnych słoi.
Fragment szkicu przygotowanego dla Dwumiesięcznika Literackiego "Topos".